#1: Cocteau Twins – Blue bell knoll (1988)

by carpcrawl

Cocteau Twins - Blue bell knoll

Jeśli czegoś brakuje mi w całkiem już bogatej ofercie polskiego muzycznego Internetu, to na pewno miejsca, w którym mógłbym regularnie poczytać o starszych płytach, niezależnie od gatunku, popularności czy statusu wśród krytyków. Nie mówię, że takie nie istnieją w ogóle, był kiedyś doskonale zapowiadający sie blog Dziady, ale animuszu chłopakom wystarczyło tylko na cztery dni (SZKODA!). Doskonały Screenagersowy cykl Hagiografia ostatni update miał w październiku 2010. Obecnie z przyjemnością czytam choćby blog Savage Saints czy ostatnio cykl „Wielka Płyta” na T-Mobile-Music, ale ten pierwszy mimo wszystko specjalizuje się w niszy, rzadko sięgając poza nią, a drugi wystartował niedawno i pewnie dopiero za jakiś czas okaże się, czy zostanie z nami na dłużej (zwłaszcza, że teraz ma przerwę). Gros kontentu stanowią nadal premiery, leaki, twitty i newsy, zaś wszyscy domorośli muzyczni archeolodzy muszą zadowolić się angielskojęzycznym zamiennikiem w postaci podsumowań dekadowych Pitchforka czy historii muzyki Scaruffiego. A skoro tak, a my czujemy potrzebę polecenia co jakiś czas znakomitego (albo nawet po prostu dobrego, a mało znanego) starocia, to postanowiliśmy zrobić prezent sobie i być może jeszcze paru osobom, które myślą podobnie.

Nie planujemy pisać tylko o płytach nieznanych lub zapomnianych. Historia muzyki pełna jest zjawisk czekających na odkopanie, rehabilitację i docenienie po latach, ale mam wrażenie, że zjawiskom oczywistym też przyda się inne niż do tej pory spojrzenie i zweryfikowanie paru obiegowych opinii. Może się mylimy, ale czujemy, że o wielu ‚żelaznych’ zespołach się nie dyskutuje, częściej się je kojarzy niż słucha, bo i po co, skoro wszyscy zrobili to już dawno za nas. Jaki jest sens opisywania w całości dyskografii The Beach Boys w 2012 roku? Zaiste, nudy. Ja protestuję, bardzo mi brakuje takich nudów, i dlatego nie planujemy się bać zaśmiecać Internetu także i tym, co myślimy o dawno omówionych i wytarmoszonych płytach.

Cocteau Twins to jedna z takich oczywistości, pewnie każdy fan muzyki doskonale zna i rozumie ich zasługi dla muzyki eteryczno-nocnej, natomiast zwykło się przy tym zespole myśleć przede wszystkim o Treasure (kultowe także w Polsce księżycowo-mistyczne dzieło) i Heaven or Las Vegas (największy komercyjny sukces zespołu, doskonała synteza delikatności i chwytliwych melodii). Oczywiście ograniczanie się do tych tytułów to srogi błąd, bo pomiędzy nimi trafiła się między innymi ta przejściowa perła.

Blue bell knoll powstawała ponownie w składzie trzyosobowym, po tym, jak do składu wrócił po przerwie przeznaczonej na This Mortal Coil basista Simon Raymonde. Oznaczało to brzmieniowy powrót do Treasure (nagrana pod nieobecność Raymonde’a Victorialand była bardziej minimalistyczna i pozbawiona perkusji), jednak zespół jednocześnie postanowił pójść w nieco bardziej ‚radosne’ nastroje, wprowadzając nieśmiało odrobinę żwawsze tempa i więcej tonacji durowych.  To był pierwszy album Cocteaus, jaki ukazał się w Stanach, dzięki podpisanej umowie dystrybucyjnej z Capitolem, co musiało poskutkować obfitym dopływem nowych fanów.

Płyta startuje wyjętym niczym z muzyki dawnej arpeggio, na tle którego Elizabeth Fraser delikatnie demonstruje swoje wokalne atuty. Dostojna, wstępująca melodia „Athol-brose” przywołuje baśnie i mary z Treasure, ale tuż po niej poznajemy opisywaną wyżej weselszą i przebojową twarz Cocteau Twins – brzęczące „Carolyn’s fingers”, w którym Liz zwiewnie porusza się w obrębie dwóch wysokich oktaw. Piosenka ukazała się na singlu i dotarła w Stanach do drugiego miejsca listy Modern Rock, stając się pierwszym zamorskim hitem Szkotów. Kryształowa gitara powraca w „The itchy glowbo glow”, tym razem zwalniając tempo i trzymając się brzmienia, którym Robin Guthrie napisał swój podręcznik „Co zrobić, żeby gitara brzmiała najlepiej na świecie” (i z którego potem spisywali m.in. Slowdive na Souvlaki i Lush na Spooky). Highlightem jest jeszcze „Suckling the mender”, które godzi operowe aspiracje Fraser z hiciarskością. Najbardziej chyba jednak urzekają mnie dwie finałowe pieśni – migoczące, podbite przez Guthriego efektami „A kissed out red floatboat” oraz bajeczna melodia „Ella megalast burls forever”.

Nie mogę się zgodzić z Nedem Raggettem, który napisał, że Blue bell knoll to mniej udana kopia tego, co zespół zrobił już wcześniej. Owszem, płyta dokonuje lekkiego recyklingu brzmienia Treasure, ale oferuje wciąż piękne i natchnione piosenki, w dodatku po cichu zapowiadające nadchodzącą przystępność, która w pełni uderzyła dwa lata później.

A przecież ani słowem nie wspomniałem o EPkach, o których innym razem. Głupio byłoby wystrzelać się już na początku pisania. (KZK)

Reklamy