#2: The Mekons – The Mekons rock’n’roll (1989)

by carpcrawl

Najbardziej znany zespół łączący folk/country i punk? Meat Puppets. Najbardziej znany zespół gitarowy z Leeds? Gang Of Four. Najbardziej znany zespół funkcjonujący w cieniu tej dwójki? The Mekons.

Studiowali razem z członkami GOF i Delta 5. Lubili zabawę z popkulturą – nazwę pożyczyli sobie z komiksu Dan Dare, a w pierwszym singlu wyśmiali White riot The Clash (choć Tom Greenhalgh twierdził, że to po prostu utwór o ludzkiej słabości i kruchości). Mieli swój zbiór zasad, wpuszczali do zespołu każdego chętnego, a zarazem wykluczali czyjekolwiek gwiazdorskie ambicje. Nie chcieli się fotografować i ujawniać swoich nazwisk prasie muzycznej. Nie umieli grać, korzystali z gitar za 10 funtów, grali chaotyczne koncerty, podczas których na scenę wjeżdżała kanapa z napisem SPACESHIP. Już po drugim koncercie zdobyli kontrakt płytowy; mieli szczęście, bo na widowni znalazł się Bob Last – legendarny postpunkowy menedżer i mecenas. Simon Reynolds o ich pierwszej piosence – wspomnianym wyżej Never been in a riot – napisał, że to koronny argument na obronę tezy, że muzyka rockowa to jedyna forma muzyki, która może być robiona lepiej przez ludzi, którzy nie umieją grać, niż przez sprawnych technicznie muzyków.

Szybko przenieśli się do wytwórni Virgin, ale okazało się, że wielki świat nie pozwolił im trzymać się swoich zasad. Debiutancka płyta wypadła blado i daleko od oczekiwań. Przyszła przerwa w działalności. Niedługo potem doszło do strajku brytyjskich górników w południowym Yorkshire. Bezpośrednio czy nie, zdarzenia te zbawiennie wpłynęły na dalszą ścieżkę zespołu, który sformował się ponownie w nieco zmienionym składzie, dodając m.in. wokalistkę, SKRZYPACZKĘ i AKORDEONISTĘ. Chociaż odwaga była znakiem szczególnym postpunku, taki zestaw był pewnie zaskakujący nawet jak na Mekons.

Od tej pory brzmienie zespołu zbliżyło się do działających równolegle The Pogues, z tą różnicą, że nie było aż tak szantowe. Mekons mogli czerpać garściami ze swojej rodzimej tradycji, i oczywiście robili to (byliby głupcami, robiąc inaczej, bo brytyjskie korzenie maja masę dobrego do zaoferowania), ale nie bali się również wyciągnąć swoich chciwych łap za ocean, po dorobek m.in. Grama Parsonsa i Hanka Williamsa. Świetna,  poważana przez krytykow Fear and whiskey wreszcie przyniosla grupie zainteresowanie.

Wydana cztery lata później The Mekons rock’n’roll była majorsowym debiutem zespołu, i w najprostszym opisie jest po prostu tym, co ma w tytule. Tyle, że jest to rock’n’roll potraktowany bardzo pomysłowo, dwupłciowy i wielobarwny, ze skrzypcami w tle. Okazało się, że Greenhalgh potrafi pisać bardzo chwytliwe, hymniczne refreny, jak w Only darkness has the power, Empire of the senseless czy Amnesia. Przeuroczo się robi, gdy na front wychodzi Sally Timms, jak choćby w Learning to live on your own czy I am crazy. Mamy też hołd dla Velvet Underground i być może trochę Spacemen 3 w Cocaine lil. Fillerów praktycznie brak.

Sztampą jest stwierdzenie, ze ‚rozpadł się zespół XYZ, szkoda, bo mógł jeszcze tyle nagrać’, ale w przypadku Mekons to jest naprawdę szkoda, że po łabędzim śpiewie The curse of the Mekons nie stać ich już było na dużo więcej, i pozostali kultową grupą dla szperaczy. Fani alt-country na pewno ich doceniają, dużo Mekonsom zawdzięcza też choćby Wilco, a omawiany tu album trafił do setki lat 80. na Pitchforku. Ale to ciągle wydaje mi się zbyt mało w stosunku do tego, co osiągnęli na swoich płytach.

Inna sprawa, że tak się mądrzę, a sam mam przed sobą jeszcze przygodę z ich pozostałymi płytami niż koronna trójka, więc na co jeszcze czekam? (KZK)

Reklamy