#3: R.E.M. – Fables of the reconstruction (1985)

by carpcrawl

Przełom 91/92, czas, kiedy trudno dodać sobie jeszcze jedynkę z przodu, ale już zaczyna się co nieco kumać w szołbiznesie. Umiera Pan z krzywymi zębami, inny śmiesznie tańczący kolorowy Pan śpiewa, że nie można czegoś dotknąć, dwóch chłopaków zakłada spodnie tył na przód, a bobasek łowi dolary w basenie. Kasety Natalki, Papa Dance i Chrisa De Burgha lądują w tych dniach w koszu, a na półce zaczyna gościć ówczesna śmietanka. To, co dziś dumnie nazywane jest alternatywą, śmigało wówczas w MTV (tylko jeśli ktoś miał super piracką kablówkę) czy w radiu jako totalny mainstream. Obciachem na dzielni było nieposiadanie Ten czy Use Your Illusion na wspaniałym nośniku marki TAKT lub GM Records. Tak czy siak, wśród tego całego zbioru, jakoś zawsze brakowało R.E.M. Niby fajne to Shiny Happy People, ale z racji kolorystyki klipu i obecności rudej trudno było mi odróżnić czwórkę facetów z Athens od kolegów z miasta, B-52’s. Zresztą, jak się później okazało, Stipe miał ze Schneiderem znacznie więcej wspólnego, niż mi się zdawało. Ale wracając – Losing My Religion, tłuczone i mordowane do dziś gdzie się da, było, jak na owe lata, nieco za ciężkie dla mnie, wręcz bałem się tego teledysku i nie przyjmowałem do wiadomości, że ten smutny facet na krześle może być tym samym wesołym panem, który przed chwilą tańcował w żółtej czapeczce.

Jak za dotknięciem różdżki mija dekada i okazuje się, że ten kawałek wcale nie jest taki zły, a przynajmniej, w kategorii zarzynanych radio songów, nadal potrafi wywołać jako takie emocje (co nie tyczy się niestety np. takich U2). Potem wychodzi na jaw, że Automatic For The People to już w ogóle och i ach. Zaczyna się szperać głębiej, wyciąga stare Tylko Rocki i szok – ten zespół nagrał przed 1991 rokiem 6 płyt! Jakże różnych od późniejszych dokonań i trafiających w gust poszukującego nastolatka.

Pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się przy Fables of the reconstruction to The Cure. I nie ma tu znaczenia czy jestem fanem Roberta Smitha, czy nie (a jestem). Linie basowo – gitarowe w otwierającym płytę Feeling Gravitys Pull są niemal wyjęte z The Head On The Door, które ukazało się w tym samym, 1985, roku. Amerykanie podobno męczyli się przy nagrywaniu tej płyty okrutnie (nagrywali ją zimą w Londynie) i słychać to dobitnie w tym kawałku. Stipe bardziej miauczy niż śpiewa i sytuację zdają się ratować jedynie smyczki w tle. Maps And Legends to z kolei trochę wstęp do późniejszej twórczości R.E.M. (to samo tyczy się Kohoutek) – wolniejszy i smutniejszy Man On The Moon, ale o bardzo podobnej motoryce. Driver 8, największy przebój z płyty, charakteryzuje nieco „falująca” w refrenie gitara a’la Johnny Marr, zresztą wpływy Smiths słychać też w Can’t Get There From Here czy Green Grow The Rushes. Swoją drogą, fajnie byłoby podróżować po Stanach pociągiem, mając ten numer za ścieżkę dźwiękową.

Cała płyta przypomina trochę przeplatankę między utworami posępnymi, w których Stipe pełni funkcję zmęczonego życiem narratora z trzeszczącą gitarą Bucka w tle, a piosenkami o lekko folkowym zabarwieniu, z łagodnymi riffami. Angielska zima zrobiła jednak swoje – radość w kawałkach pokroju Good Advices zdaje się być jedynie pozorna i całość i tak jest osadzona w klimacie… No właśnie, jaki to klimat? Może niech odpowiedzią na to będzie fakt, że najlepiej słucha mi się Bajek, gdy jestem przeziębiony. Jest lenistwo, ale jest też podrażnienie.

Jasne, że Fables nie jest najlepszą płytą wczesnego R.E.M. Wiecej zwolenników mają pewnie Murmur, Life’s Rich Pageant czy Document. Longplay z 1985 roku kończy jednak pewien, dość krótki, ale owocny rozdział w ich twórczości. Jest takim przejściem od nowofalowo – offowego grania, w którym Stipe malował się jako zakompleksiony, wyalienowany studencik, do melodii nieco łagodniejszych, łatwiej wpadających w ucho, co w rezultacie doprowadziło do wielkiego sukcesu i wielkiego upadku tego zespołu. (Mateusz Rękawek)

Reklamy