#4: Richard Wright – Wet dream (1978)

by carpcrawl

Bez większych zastrzeżeń można było powiedzieć – zespół legenda. Pomnik. Latami całymi od rozpadu środowiska fanów spekulowały o możliwym zjednoczeniu, dogadaniu się skonfliktowanych członków grupy. Czas mijał i nic specjalnie się nie zmieniało, ale w pewnym momencie muzycy zaczęli się o sobie nawzajem wypowiadać ostrożniej, sympatyczniej. Wreszcie przełom, czyli wspólny występ w ramach Live 8. Zabrakło zdecydowanego odżegnywania się od wspólnej przyszłości, wydawało się, że jeszcze wszystko jest możliwe. Kres plotek, życzeń i domysłów nastąpił 15 września 2008 roku, kiedy to w swoim domu w Zjednoczonym Królestwie na raka zmarł Richard Wright – szerzej znany światu jako klawiszowiec Pink Floyd.

Rick Wright przez całą swoją karierę żył w cieniu swoich, uposażonych w większe ego, kolegów z zespołu. Taki sam miał być i prywatnie, nie przyciągając uwagi mediów i dzieląc swój czas między pobyt w domu na Wyspach, jacht na Morzu Śródziemnym i działalność muzyczną (chociaż należy dodać, że kilka ładnych lat życia zabrała mu też kokaina). W nagraniach Pink Floyd również odpowiadał głównie za drugi tworząc subtelne, melodyjne tła utworów PF i śpiewając w chórkach. Na front wychodził, czy to instrumentalnie, czy wokalnie, dosyć rzadko, ale z dobrym efektem. Wokale w Time czy Echoes, brzmienie Meddle, Dark Side of the Moon czy Wish You Were Here – m.in. to zawdzięczamy temu najskromniejszemu z Floydów.

Wyżej wymienione momenty to jednak pierwsza połówka lat 70-tych. W drugiej klimat w zespole zmienił się diametralnie i pod wpływem coraz bardziej autorytarnego Rogera Watersa wpływ Ricka na muzykę PF został ograniczony i w konsekwencji klawiszowiec w 1979 został zmuszony do opuszczenia zespołu (The Wall nagrywał już jako muzyk sesyjny). Brzmienie PF straciło wtedy część tych subtelniejszych nut, będących zawsze wkładem Ricka do zespołu. Ponad rok wcześniej – w styczniu i lutym1978 – muzyk skorzystał jednak z pomysłów, na które brakowało miejsca w Pink Floyd i zarejestrował swój pierwszy (jak się okazało – z dwóch) album solowy – Wet Dream.

Ujmując sprawę liczbami: pięciu muzyków nagrało w dwadzieścia pięć dni dziesięć kompozycji – łącznie niespełna czterdzieści cztery minuty muzyki. Liczby jednak nie oddają nic. Rolę gitarzysty w projekcie objął Snowy White, muzyk, który w latach poprzedzających nagranie jeździł z PF w trasy, a później był członkiem Thin Lizzy i zespołu koncertowego Rogera Watersa. Był to wybór naturalny – tylko sam David Gilmour mógłby zagrać na tej płycie bardziej w duchu PF. Na saksofonie i flecie zagrał Mel Collins, muzyczny nomad, który przewinął się w swojej karierze przez szereg ekip kojarzonych z nurtem rocka progresywnego i jazz rocka, będąc nawet w pewnym momencie członkiem King Crimson. Całości dopełniała sekcja rytmiczna w składzie Larry Steel na basie i Reg Isadore na perkusji.

Efekt pracy zespołu to płyta przypominająca brzmieniem nagrania PF z początku lat 70-tych z wyraźnymi akcentami jazzowymi. Kompozycje na krążku cechują charakterystyczna dla Wrighta subtelność, ciepło i nastrój pogodnej melancholii. Muzyce towarzyszyły teksty autorstwa Ricka (z wyjątkiem Against All Odds, który napisany został wspólnie z jego ówczesną żoną – Juliette), proste, bezpretensjonalne i odpowiadające nastrojem muzyce. Nie znajdziemy na tej płycie utworów przebojowych, ani nawet w sumie wyróżniających się na tle innych. To brzmi jednak nieco lekceważąco, lepiej oddaje ten zestaw określenie „nie ma tam złych utworów”. Muzycznie kompozycje, choć różnorodne, utrzymane są na jednakowo wysokim poziomie. Szczególnie silne skojarzenia z brzmieniem „zespołu matki” przywodzi Summer Elegy, które mogłoby z powodzeniem trafić na któryś z albumów PF; podobnie można myśleć o Holiday przywodzącym w myślach chociażby klasyczne flojdowskie Summer ’68 (zresztą napisane przez Wrighta).

Warto przywołać, co o samym albumie myślał jego autor, należy jednak wziąć poprawkę na skromność, czy wręcz umniejszanie swojej roli charakterystyczne dla Wrighta. Wypowiedź pochodzi z wywiadu przeprowadzonego przy okazji wydania Broken China w 1996:

„Wet Dream was rather amateurish. It wasn’t very well produced and the lyrics weren’t very strong, but at the end of the day, I think there’s something rather quaint about it. I actually like it now.”

Niekoniecznie znakomicie wyprodukowany, niekoniecznie mocne teksty, trochę osobliwy w taki nostalgiczny sposób – tak, to też powoduje, że potrafi się mile i trwale zapisać w pamięci.

Album nie odniósł sukcesu, przyćmiony zresztą częściowo przez pierwszą solową płytę Davida Gilmoura nagraną w tym samym czasie. Dla Wrighta nadeszły prawdopodobnie najgorsze lata jego życia: długi, bolesny rozwód, uzależnienie od kokainy, niemoc twórcza wywołana nastrojami w PF i wreszcie opuszczenie zespołu. Wet Dream pozostało jako pocztówka z widokiem z lepszych czasów. (JFD)

Reklamy