#5: The Shaggs – Philosophy of the world (1969)

by carpcrawl

Jeżeli podejść do sprawy plebejsko, w muzyce najważniejszy jest rytm. Jest to jedyny element misternej układanki, który rozumie niemalże każdy. Zmiany klucza czy melodyczne kontrapunkty są czarną magią dla wtajemniczonych. Ale generalne pojęcie tego, co jest wybijane, dostępne jest dla każdego. Od kaumuków skaczących do Pitbulla po nerdów zachwycających się Toolem. To wszystko rytm. Nikt nie będzie wiedział czy fałszujesz tak długo, jak trafisz w akcenty. Co stanie się gdy zabierzemy rytm? The Shaggs, czyli siostry Wiggin, które są poza rytmem. Są też, czy może były, poza światem. Powołane do grania przez ojca, któremu wróżka przepowiedziała rudą żonę, to, że po jej śmierci będzie miał jeszcze dwóch synów, i że córki czeka międzynarodowa kariera muzyczna. I skoro dwie pierwsze się sprawdziły…

Konsensusem co do sióstr Wiggin zdaje się być teoria, że ich muzyka była tworem wielkiego instrumentalnego beztalencia. Dla mnie to coś zupełnie innego, i zawsze uważałem Dot, Helen i Beth za swego rodzaju Kaspar Hauserów świata muzycznego. Rodzinę wychowaną w niewiedzy co do istoty muzyki w ogóle, nie mówiąc już o tej popularnej. Shaggs zdają się tworzyć muzykę nie inspirowaną niczym, jedynie ogólnym pojęciem tego, jak wyglądają radiowe hity ich czasów. Tak jakby szalony papa mówił „coś z przytupem” i powstawał energiczny utwór tytułowy, „coś do nucenia” – melodyjny My Pal Foot Foot, „przytulaniec” – pokraczny walczyk Sweet Thing, etc. Wspaniały produkt izolacji i ignorancji. Zarówno muzycznie jak i tekstowo niespotykany. Broń Boże takie porządne dziewczyny miałyby śpiewać o trzymaniu się za ręce. Zamiast tego podmiotem lirycznym jest kot czy komentarz do stanu świata (!). Najbardziej naiwna i niewinna muzyka jaką słyszał świat. Lester Bangs rzekł kiedyś, że są lepsze od The Beatles, i od DNA też.

Wydane w 1969 do absolutnie zerowego odzewu, z czasem Philosophy Of The World urosło do rangi klasyka, zdobywając sławę jako jedna z ulubionych płyt Franka Zappy i Kurta Cobaina, inspirując filmowców (Dot, Helen i Foot Foot pojawiają się jako nazwy postaci w kultowym Gummo Harmony’ego Korine’a) czy muzyków (najjaśniej w Deerhoof). I to jest bardzo fajne, zgaduję, ale zawsze kiedy zachwycacie się sleeperami, pamiętajcie – słabo jest być pionierem. Spytajcie Jandka, który sprzedał 4 płyty w pierwszych latach swojej działalności. Spytajcie sportowców z pierwszej połowy XX wieku, dzisiaj w większości legendarnych, wtedy imających się pobocznych zajęć i ledwo wiążących koniec z końcem. Siostry Wiggin czekały na (nie)sławę tak długo, aż nauczyły się grać. Co słychać na drugim albumie, z 1975. Płyta nie ukazała się jednak do 1982, kiedy wszyscy odkryli ten prawdopodobnie pierwszy tweepopowy zespół. Później Austin, czyli tata, zmarł, a wraz z nim zespół, który na krótko reaktywował się pod koniec lat 90tych. 7 lat temu odeszła też Helen. Ale wieść niesie się i niesie w wieczystym głuchym telefonie. Piosenki Shaggs trafiły już nawet na offbroadway. Także słuchajcie The Shaggs. Należy im się. (Emil Kinski Macherzyński)

Reklamy