#6: Timothy Leary & Ash Ra Tempel „Seven up” (1973)

by carpcrawl

Pisania i czytania o Ash Ra Tempel nigdy za dużo. W ostatnich tygodniach znalazłem trzy powody, żeby opowiedzieć właśnie o Seven up. Najbardziej oczywistym z nich jest niedawny koncert Manuela Göttschinga w Warszawie, na który nie udało mi się dotrzeć (i ogromnie liczę na powtórkę), ale ciekawsze dla mnie są dwa pozostałe, pochodzące z koleżeńskiego grona. Pierwszy to twitt, w którym redaktor zaprzyjaźnionego serwisu dawał upust zachwytowi z powodu odkrycia tej współpracy („co sie dzieje?!”). Drugi – stwierdzenie Emila, że unika płyt z Learym, bo on „ponoć zawsze gada, a gadający ludzie na kwasie są średnią frajdą”. A zatem – dowiedzmy się wszyscy o istnieniu tej płyty, i co na niej tak naprawdę jest.

Łyk historii i kontekstu na początek. W 1970 roku Timothy Leary po ucieczce z więzienia został przeszmuglowany do Algierii z pomocą dwóch ekstremistycznych organizacji – The Weathermen i Czarnych Panter. Wydawało się, że będzie to idealna kryjówka; do kraju, który osiem lat wcześniej uzyskał niepodległość, masowo zjeżdżali dysydenci i banici z różnych zakątków. Wśród nich był brytyjski pisarz i miłośnik psychodelii Brian Barritt, któremu zależało na przedmowie Leary’ego do swojej książki, a który znalazł w adwokacie LSD bratnią duszę i kompana w zainteresowaniach. Panów połączył nawet I Ching – Barritt i jego partnerka, Liz Elliott, wyrzucili ten sam heksagram, który przed ucieczką z więzienia przydarzył się Timowi i jego żonie. Zarazem, atmosfera w Algierii daleka była od sielanki, a lider Panter Elridge Cleaver co jakiś czas groził przybyszom, że weźmie ich jako zakładników w celach finansowych. Gdy tylko sytuacja polityczna się zagęściła, państwo Leary, Barritt i Elliott uciekli do Szwajcarii.

By uniknąć ekstradycji, grupa trzymała się z daleka od wielkich miast, pozostając w ukryciu. Przygarnął ich pisarz, działacz i publicysta Sergius Golowin, który miał do dyspozycji w owym czasie górską chatkę położoną poza cywilizacją. Tym razem był to strzał w dziesiątkę – Leary mógł delektować się LSD, poznał Alberta Hoffmanna, przeżył wspólny trip z H. R. Gigerem. Wtedy też doszło do spotkania między Learym a Rolfem-Ulrichem Kaiserem, animatorem i nadwornym producentem niemieckiej sceny ‚rockowej’, szefem wytwórni Ohr Records. Kaiser, poszukując Oświecenia, przywiózł do Szwajcarii swoich podopiecznych z Ash Ra Tempel, partnerkę życiową, muzę i drugą po sobie producentkę Gille Letmann, inżyniera dźwięku Dietera Derksa, oraz dużo syntezatorów i efektów. Między panami zaiskrzyło – niedługo potem Leary, Barritt, Ash Ra i goście (łącznie 12 osób), zamknięci w piwnicznym studio w Bernie, upojeni podrasowanym 7Upem nagrali na setkę materiał, który później po zmiksowaniu przez Derksa złożył się na Seven up.

Wreszcie możemy przejść do muzyki i obalić jeden podstawowy mit związany z tą płytą. Więc uwaga: to nie jest narkotyczny jam, na którego tle Timothy Leary czyta swoje traktaty. On, Brian Barritt i cztery inne osoby – uwaga, jeśli ktoś nie chce spoilera, to niech przestanie tu czytać – stają się na pierwszej stronie Seven up blues-rockowymi wokalistami pełną gębą. Space może zaskoczyć brzmieniem przyzwyczajonych do kosmicznych odjazdów z wcześniejszych płyt Ash Ra – na tej stronie dominuje wspomniany blues, boogie i rock’n’roll, choć pochodzi on raczej z delty Aldebarana niż Mississipi. Bardzo ciekawie i sensownie uzasadnia ten wybór Julian Cope w Krautrocksamplerze (zresztą głównym wsadzie merytorycznym tego wpisu – bardzo gorąco polecam). Po pierwsze, dla 40 i 50latków Barritta i Leary’ego blues, rock’n’roll i ich poetyka były czymś naturalnym i bliskim, i realizowali oni swoje chęci bycia choć przez moment Jaggerem czy Morrisonem. Po drugie, Manuel Göttsching i Hartmut Enke zaczynali karierę w zespole o wymownej nazwie – The Steeplechase Blues Band. Efekt końcowy jest taki, jakby The Doors grali w restauracji na końcu wszechświata, a ich kosmiczne piosenki były spajane syntezatorowymi tłami a la środek Echoes Pink Floyd granymi przez upojonego gwiezdnym pyłem organistę-rezydenta (w którego wcielił się Derks).

Strona druga – Time – to już rzecz dużo bliższa ‚tradycyjnemu’ Ash Ra, także dlatego, że panowie użyli tu w drugiej części tych samych akordów, co w Schwingungen. To był celowy zabieg – Cope tłumaczy go faktem, że Göttsching i Enke byli przekonani o złapaniu Boga za nogi i odkryciu Dźwięków Niebios w tej sekwencji. I choć fani kosmicznego wcielenia Niemców powinni być zadowoleni, to jednak druga strona Seven up nie wypada tak okazale, jak można by się spodziewać. To nadal jest wciągająca podróż w gwiazdy, ale po prostu nie tak transcendentalna i świeża, jak poprzednie. Co zresztą można napisać o całej płycie – to album, który wygrywa bardziej pomysłem i okolicznościami, niż treścią, i nie wystrzeliwuje w kosmos tak, jak ten zespół potrafił robić i wcześniej, i później. Jednak warto go sprawdzić, bo to istotny etap dla dalszych karier członków Ash Ra Tempel i Rolfa-Ulricha Kaisera, zapowiedź ich przyszłej drogi artystycznej, zapoczątkowanie tyranii tego ostatniego, oraz wydarzenie, które doprowadziło do powstania wytwórni Die Kosmischen Kurieren/Kosmische Musik i największego szwindlu krautrocka – Cosmic Jokers. No i przy okazji płyta niepodobna chyba do niczego. (KZK)

Reklamy