#7: White Noise – An electric storm (1969)

by carpcrawl

Na przełomie drugiej i trzeciej klasy gimnazjum jedna z koleżanek zaprosiła nas do swojego domu na łódzkich przedmieściach. Dzień był dość słoneczny, więc przyjęcie miało się kręcić wokół grilla. Większość dzieciaków była zawiedziona obecnością rodziców dziewczyny, ponieważ liczyły na możliwość picia alkoholu z ojcowskiego barku. Z tego powodu szybko się zwinęły, natomiast ja i „moja paczka” zostaliśmy, by poprzeglądać osławioną już kolekcję winyli taty Agaty. Z perspektywy czasu była to dość typowa „post-punkowa” (Wire, The Fall, wczesny Kult) płytoteka z kilkoma highlightami, ale to właśnie jeden z nich był niczym wrzucenie łyżki dziegciu do beczki miodu, które zaburzyło moim nastoletnim jestestwem. A od kiedy kupiłam przez przypadek szampon z tym paraliżująco brzydko pachnącym ziołem, naprawdę wiem, o czym mówię.

Wśród paruset płyt w domu na przedmieściach znalazłam jedną z napisem „White Noise – Electric Storm„. Zaintrygowała mnie, ponieważ na świeżo byłam z odkryciem istnienia takiego gatunku jak noise. Pierwsze podrygi z Merzbowem czy Masonną były oczywiście bardziej wyrazem młodzieńczego nonkonformizmu niż świadomym zachwytem nad tą estetyką, dlatego coś, co miało w nazwie „biały szum”, wydawało mi się czymś nader atrakcyjnym. Czym prędzej popędziłam do gramofonu, by puścić płytę, jednak w tym momencie pojawił się tata Agaty. Powiedział, że jestem za mała na taką muzykę.

Skruszona odłożyłam rzecz na półkę, ale całe szczęście zapamiętałam nazwę i skorzystałam z dobrodziejstw starego, dobrego Soulseeka. Po odpaleniu empetrójek okazało się, ku mojemu rozczarowaniu, że nie jest to w żaden sposób muzyka noise’owa, ale po prostu piosenki. Ojca Agaty mógł zszokować orgazm z My Game of Loving, ale przecież ja już słyszałam Je t’aime przygotowując referat na francuski o muzyce Gainsbourga, więc skąd takie wielkie halo? Za to te okraszone dziwnymi dźwiękami „piosenki” jakoś szybko mi się wkręciły i od razu wiedziałam, że będę do nich wracać. Z czasem, z kolejnymi odsłuchaniami, wyłoniły się z nich dość zmyślnie pomyślane aranżacje, a kompozycje okazały się nie tak oczywistymi, jak by to na początku się wydawało. Szczególnie te z dalszej części albumu – w końcu pierwsza dwójka była planowana jako singiel, dopiero po ich nagraniu namówiono muzyków na stworzenie pełnoprawnej płyty. Te utwory – Love Without Sound i wspomniany wyżej My Game of Loving – to dyptyk będący jednym z ciekawszych przykładów erotyzmu w muzyce, jakie znam. Progresywność,  kulminacja w postaci drum solo, sączące się melodie zawodzone przez błogi głos Delii Derbyshire – wszystko podporządkowane zilustrowaniu wiadomego aktu. Wyszło ani wulgarnie ani rubasznie, jak to zwykle bywa, a bardzo zmysłowo i wysublimowanie.

Po tej dwójce następuje wykrzywienie perspektywy za pomocą Here Comes The Fleas, i tak już zostanie do końca. Jest tu coś z psychodelii The Red Krayola czy The United States of America, ale White Noise, w składzie którego działała dwójka twórców ze słynnego BBC Radiophonic Workshop, zasłużyło na miejsce w historii dzięki przeniesieniu pomysłów muzyki konkretnej do bardziej przystępnych utworów. Siłą płyty są kolaże dźwiękowe, bogate i świadome wykorzystanie elektroniki (w roli głównej pierwszy brytyjski syntezator EMS VCS 3) oraz sprawne posługiwanie się instrumentami – bo partie basu czy perkusji same w sobie stanowią sporą wartość. Gitara basowa czasem brzmi wręcz funkowo (My Game of Loving), bębny mają więcej wspólnego z Maxem Roachem niż muzyką rockową. Siedem utworów, a tyle dźwięków, do tego podanych za pomocą chwytliwych piosenek. Jeśli jeszcze Wam mało, to warto sięgnąć po całkiem ciekawe bonus tracki.

Niestety później, kiedy Delia Derbyshire i Brian Hodgson zrezygnowali, by poświęcić się innym projektom, White Noise nie miało już tak ciekawej muzyki do zaproponowania. Ale ta jedna płyta zapewniła im dogodne miejsce w historii muzyki eksperymentalnej. (Andżelika Kaczorowska)

Reklamy