#8: Roger Waters – Amused to death (1992)

by carpcrawl

Roger Waters jest wielkim artystą strasznym bucem. Ok, artystą też jest, ale ilekroć rozmawiam z kimś na temat jego osoby, dyskusja zawsze skręca w kierunku krytykowania jego despotyzmu, megalomanii i przerostu formy nad treścią w jego twórczości. Trudno się z tym przynajmniej w pewnym stopniu nie zgodzić – w końcu to on zniszczył Pink Floyd od środka, zarówno eskalując personalne konflikty w zespole, jak i forsując swoje wizje o dość wątpliwej wartości artystycznej. Nie będę się tu wyżywał na The Wall, które z perspektywy czasu uważam za najbardziej przereklamowane i wymęczone 90 minut w historii muzyki. Mógłbym też pastwić się nad tym, że podtytuł The Final Cut brzmi „A Requiem to The Post War Dream by Roger Waters” i jest tak megalomański, że pewnie spędza sen z powiek samemu Lil B. Mógłbym tak długo, bo zarzutów do Watersa mam sporo. Ale to wszystko jest nieważne. Z jednego powodu.

Otóż wyobraźcie sobie, że mając niemal 50 lat Waters chyba zdał sobie sprawę, że nie można przez całe życie walczyć z demonami przeszłości, płakać po swoim zabitym na wojnie ojcu i narzekać, że z dziewczynami nie zawsze mu wychodziło. Na starość zrozumiał, że są ważniejsze rzeczy niż jego ego. Znów zaczął przyglądać się światu, tym razem w bardziej dojrzały sposób, niż za czasów grania w macierzystej formacji. I, co chyba najważniejsze, zauważył, że hajs mu się zgadza i może napisać album dla siebie, bez spinania się na imponowanie słuchaczowi rock operą o wydumanej fabule, jak to miało miejsce jeszcze na poprzednim albumie, Radio K.A.O.S.. I, paradoksalnie, dzięki temu szczeremu i nienastawionemu na słuchacza podejściu, powstała najbardziej chwytająca za serce płyta z udziałem Watersa od czasu Animals, a być może i w ogóle.

Amused to Death trochę zresztą przypomina dziesiątą płytę Pink Floyd, jeśli chodzi o tematykę. Roger znów pisze o ludziach, ich problemach i konfliktach między nimi. Słowem: o świecie, w którym żyjemy. Ale od czasu Animals minęło półtorej dekady, Waters jest dojrzalszy. Po raz pierwszy od dawna nie stawia samego siebie w centrum historii. Znamienne, że otwierający płytę utwór to wsparta delikatnym akompaniamentem przemowa weterana pierwszej wojny światowej Alfreda Razzella, który wspomina śmierć swojego towarzysza boju, Billa Hubbarda. Tu już nie chodzi o „straciłem ojca na wojnie, dalej się z tym nie pogodziłem i powinniście mi współczuć”, tylko o „świat to straszne miejsce, pozwólcie, że wam o tym opowiem”. Waters już nie chce walczyć i zmieniać świata. On chce się podzielić swoimi obserwacjami i refleksjami.

Całe Amused to Death to niespiesznie snująca się przypowieść. To zasługa zarówno bezbłędnej dramaturgii albumu (to się nazywa koncept!), jak i warstwy muzycznej. Waters nigdy nie był świetnym wokalistą, co z upływem lat było coraz bardziej widoczne. Na swojej ostatniej płycie często bardziej melodeklamuje, niż śpiewa. Zdarza mu się usuwać na drugi plan, ustępując miejsca niejakiej P.P. Arnold, czarnoskórej wokalistce o przepięknym głosie. Pozwala też grać ciszy, samplom i pojedynczym brzmieniom.

Skoro padło już słowo „brzmienie” – Amused to Death jest jednym z najlepiej wyprodukowanych albumów, z jakimi dane mi było obcować. Każdy, nawet najmniejszy dźwięk, brzmi krystalicznie czysto i po kilkudziesięciu przesłuchaniach wciąż zdarza mi się odkrywać nowe rzeczy. Nie zacytuję teraz dokładnie, ale w książeczce jest tekst w stylu „jeśli szczekanie psa w intro nie brzmi, jakby pies był w ogrodzie kilka domów dalej, głośniki są za słabe”. Ok, brzmi strasznie bucowato, ale to prawda. Waters ma powód do dumy. Także z tego powodu, że po latach w końcu udało mu się nagrać to, czym zapewne miało być The Wall. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wszystko, co jest na Amused to Death jakoś wbrew wszelkiej logice nie jest pretensjonalne ani nadęte. Jest po prostu piękne. W każdym calu.

Zawsze czuję się bezsilny słuchając tego albumu. Od lat ten album zarazem zachwyca mnie, jak i przerasta. Mimo upływu dwóch dekad nadal jest okrutnie aktualny. I może właśnie dlatego Waters nie nagrał już nic nowego (pominięcie Ca ira jest w pełni świadome). Ale spokojnie, Roger. Nie musisz. Ty w sumie już nic nie musisz. Właściwie to od 1992 Twoje bucostwo jest w pełni usprawiedliwione. Dzięki. (Maciek Sławski)

Reklamy