#9: The Cure – Three imaginary boys (1979)

by carpcrawl

The Cure nigdy nie słucha się dla muzyki. Takie mam zdanie. To zespół poruszany w kontekście muzycznej translacji wielkiej rozpaczy. Jak to żartowano w Nick & Norah’s infnite playlist – powinni nazywac się The Cause. Zanim jednak ansambl został dopadnięty przez taki stan rzeczy, grał gówniarski post-punk, i robił to najlepiej na świecie.

Debiut pozbawiony jest jakiejkolwiek pretensji. Robotyczny artyzm Talking Heads? Antyfunk Gang of Four? Zapomnij. Perkusja ledwo trzymająca rytm, bas nadaje śladowe ilości melodii, dodatkowo mamy bardzo dużo grania małej ilości akordów i okazjonalne, niezbyt melodyjne leady. Co winduje ten zespół, to Robert Smith i jego wiarygodna nastoletnia depresja, jak i połączenie wielu nieciekawych elementów w ciekawą całość. To nie są Young Marble Giants, robiący minimalistyczną sztukę. Jestem szczerze przekonany, że nikt w The Cure nie wiedział, co się dzieje. Każda sekunda albumu grozi rozpadnięciem się w The Shaggs. Inna sprawa, że okropnie płaska i nieciekawa produkcja znacznie wzmaga poczucie obcowania z amatorami, mimowolnie dodając albumowi autentyzmu. Hej, to mogliśmy być my. To mogli być nasi znajomi.

W sumie nie wiem, czy istnieje bardziej wiarygodny teen pop (płyta powstała zanim trzon zespołu, Robert Smith i Lol Tolhurst, mieli 20 lat), przynajmniej z perspektywy tak depresyjnej, jak Łódź. Nie ma bardziej wiarygodnego oddania poczucia niewyjaśnionego buntu przeciwko nie wiadomo czemu, niż w Object, lepszej nerwówki niż Accuracy i 10.15 Saturday Night, nastoletniej złości jak w Fire In Cairo i Meathook. Nawet nawiedzony utwór tytułowy koresponduje świetnie z nastoletnią torturą, ze wspaniałym post-scriptum w postaci nienazwanego krzywego lounge’u ukrytego na samym końcu płyty.

Skłamałbym jednak, gdybym nie wyczuwał w tym nie tyle talentu do pisania per se, ile zwykłej dramatycznej intuicji. Skoczne i radosne Grinding Halt przerywają pochmurne refreny, wspomniane nerwowe 10.15 ma dużo dynamicznych skoków i nieoczywiste gitarowe outro, nawiedzony i powolny tytułowy w którymś momencie eksploduje hałaśliwym solem gitary. Tych mikrozabiegów aranżacyjnych jest wszędzie pełno. Chłopaki pracują na naszą uwagę każdym dostępnym dla nich środkiem. Dla mnie, osobiście, The Cure nigdy (paradoksalnie) nie zabrzmiało już tak dobrze, tak szczerze. Nigdy nie mieli u mnie tak dobrego odbioru, jak na tej antytezie przepełnionego testoteronem Van Halen. I choć pewnie fani wskażą amerykańską wersję tej płyty – z hitowymi Killing An Arab i Boys Don’t Cry – oryginalny debiut jest znacznie spójniejszy, niczym niewypowiedziany koncept album. No i ma znacznie lepszą okładkę. Zespół jeszcze kilka razy wynurzał się ze swoich smutnych odmętów, by pokazać, jak się pisze piosenki (składaki Japanese Whispers i Galore to wszystko, czego wam trzeba, jeżeli mnie spytać), ale głównie zostali zapamiętani jako cierpiętnicy. Szkoda. (Emil Macherzyński)

Reklamy