#10: Leonard Cohen – New skin for the old ceremony (1974)

by carpcrawl

Są na świecie tacy artyści, których niektóre dokonania można uważać za wierutny szajs, jednak zawsze ma się do nich ogromny szacunek. Do takich postaci niewątpliwie należy Leonard Cohen. Światowy sukces osiągnął dzięki Dance Me To The End Of Love z płyty Various Positions z 1984 roku, po niemal 20 latach kultowości w songwriterskiej niszy. Dziś trzeba jednak przyznać, że ten hit, podobnie jak I’m Your Man czy First We Take Manhattan, nie odbiegał specjalnie od tego, co działo się w muzyce popularnej lat 80., niczym szczególnym się nie wyróżniał, i mógłby być spokojnie nagrany przez takie np. Vaya con Dios.

Na czym jednak polegał ów szacunek do tego kanadyjskiego pisarza i poety, który nigdy do wokalistów wybitnych się nie zaliczał? W Polsce jego legendarność była, i jest nadal, oczywista, i nie chodzi mi wyłącznie o popularyzację Cohena przez tłumaczenia świętej pamięci Maćka Zembatego. Polacy zawsze mieli szczególny sentyment do tzw. poezji śpiewanej wszelkiej maści, od Osieckiej i Grechuty poczynając, na Starym Dobrym Małżeństwie i Kaczmarskim kończąc. Ten ostatni miał zresztą z Cohenem wiele wspólnego – jeśli nie w warstwie lirycznej, to na pewno w muzycznej, co bardzo dobitnie pokazują pierwsze, i jak się później okazało, najlepsze wydawnictwa Kanadyjczyka.

W 1974 roku nie było już Janis, Jima i Jimiego, ale nadal w muzycznym światku triumfował hard rock, a punk zbliżał się wielkimi krokami. Naturalne było odejście do lamusa spokojnych i poetyckich wykonawców folkowych, i dlatego zrozumiałe wydaje się lekkie poszerzenie przez Cohena instrumentarium w porównaniu do poprzednich, mocno ascetycznych produkcji. New Skin For Old Ceremony otwiera żywiołowy Is This What You Wanted z wyraźną linią basu, zarazem chyba pierwszy kawałek, w którym Kanadyjczyk wręcz wrzeszczy. Miłośnicy bardziej klaustrofobicznych brzmień odnajdą coś dla siebie w Chelsea Hotel – klasycznym już utworze opowiadającym o słynnym nowojorskim hotelu, w którym Leo zabawiał się z Janis, a kilka lat później Nancy otrzymała kilka ran kłutych od Sida – czy nostalgicznym A Singer Must Die, pięknej balladzie, w której ozdobą są smyczki i, tak typowe dla Cohena, „lalalalalala”.

Cała płyta wydaje się być dość eklektyczna – od westernowo-jazzującego Why Don’t You Try, przez walczykowate Field Commander Cohen z polityczno-autoironicznym tekstem, czy typowo folkowe Leaving Green Sleeves, po Who By Fire. Ten ostatni utwór, mający charakter hymnu, to kolejna w twórczości Cohena próba rozliczenia ze Starym Testamentem i, by odniesienie to było bardziej słyszalne, pieśń rozpoczyna się akordami ze Story of Isaac, pochodzącej ze znakomitego albumu Songs From A Room z 1969 roku.

A propos pieśni. Trudno inaczej nazwać to, co nagrywał Cohen na przełomie lat 60. i 70. Były to, na swój ascetyczny sposób, bardzo epickie i podniosłe hymny, w których autor rzadko poruszał wesołe tematy. Pamiętając, jak dobrym, choć niepokojącym poetą był Leonard, nie można zapomnieć o fakcie, że był on również bardzo sprawnym gitarzystą. I właśnie za te utwory, w których sam akompaniuje i wyśpiewuje historie o wojnie, religii, śmierci i miłości, należy cenić go najbardziej. Dlatego też New Skin For Old Ceremony pozostaje płytą ważną – dobitnie pokazuje moment, w którym zakończyła się typowo bardowska twórczość Cohena. To, co się zdarzyło na kolejnym krążku, Death Of A Ladies Men wyprodukowanym przez Phila Spectora, było już ewidentnym odejściem od spokojnych, oszczędnych brzmień, i tym samym początkiem drogi na szczyt. Szczyt, który należał mu się jak psu zupa, choć dziś, słuchając nagrań dokonanych przed 1977 rokiem, ma się jednak wrażenie, że ten facet powinien być doceniony za zupełnie coś innego. (Mateusz Rękawek)

Reklamy