#11: Rory Gallagher – Tattoo (1973)

by carpcrawl

Są na świecie artyści, którzy mimo niewątpliwych umiejętności i talentu, nie mówiąc już o wpływie na przyszłe pokolenia, nie byli, nie są i chyba już nie będą wynoszeni na piedestał jakichkolwiek rankingów i podsumowań. W takowych zawsze znajdzie się miejsce dla Thin Lizzy, Vana Morrisona czy Neila Younga, czy słusznie – nie moja rzecz osądzać. Ten ostatni, nazywany przez krytyków „ojcem chrzestnym grandżu”, powinien tak naprawdę oddać ową koronę znakomitemu irlandzkiemu gitarzyście, który jest bohaterem dzisiejszego felietonu. I wcale nie chodzi o to, że to Rory Gallagher jako pierwszy za swój strój sceniczny obrał flanelową koszulę i do bólu odrapanego Stratocastera, z którymi nie rozstawał się przez całą karierę.

Na początku był zespół Taste, grający energicznego hard rocka, z ogromną naleciałością krwistego bluesa i domieszką psychodeli, głównie za sprawą ciągnących się do kilkunastu minut solówek i improwizacji Gallaghera, który był w kapeli niekwestionowanym liderem. Mimo całkiem niezłego sukcesu, jaki trio odniosło dzięki świetnej nomen omen płycie Off The Boards z 1971 roku, Gallagher podjął decyzję o firmowaniu kolejnych nagrań wyłącznie własnym nazwiskiem. Logiczna decyzja, skoro i tak był twórcą całego materiału. I o ile solowy debiut przyniósł muzykę bardzo zbliżoną do brzmień znanych z Taste, to kolejne, Deuce i Blueprint, zawierały już kawałki bardziej zróżnicowane. Apogeum swoich możliwości Gallagher osiągnął jednak na Tattoo z 1973 roku.

Przede wszystkim poszerzyło się instrumentarium. Nadal jest to hard rock, ale obecność pianina nadaje mu jakiegoś knajpianego posmaku. Przede wszystkim jest to jednak muzyka na wskroś amerykańska, co może dziwić, jeśli mamy świadomość, że nagrał ją Irlandczyk. Na szczęście pozbawiona jest jankeskiego sznytu, który czasem przyprawia o porzyg w przypadku dokonań np. braci Allmanów. Gitarowe popisy Rory daje w siarczystym Cradle Rock, w którym prym wiodą też organy Hammonda, zadziornym Admit It czy cudownie snującym się Million Miles Away. Mamy tu odniesienia do country i amerykańskiego folku (20:20 Vision, Who’s That Coming) czy klasycznego bluesa (Sleep On A Clothes-line). Najważniejsze są jednak riffy i specyficzne frazowanie Gallaghera, którego wokal idealnie współgra z gitarą i wszechobecnym pianinem.

Perełkami są They Don’t Make Them Like You Anymore, które łączy w sobie klimaty wodewilu czy westernowej speluny z hardrockową solówą, i Livin’ Like A Trucker – najważniejszy kawałek na płycie. Przede wszystkim w pełni oddaje to, co Gallagher chciał przekazać tym albumem – wolność. Tekst traktujący o wolnym jak ptak kolesiu śpiewającym w tanich barach za michę zupy idealnie wpisuje się w naturę autora, który, mimo milionów sprzedanych płyt na koncie, nigdy nie zabiegał o popularność i do końca życia pozostał skromny i wierny swojej muzyce.

Rory Gallagher to postać cholernie ważna w muzyce lat siedemdziesiątych, jeśli nie w muzyce w ogóle. Przykład gościa, który nie odniósł może należytego mu sukcesu, ale nadal robił swoje i robił to bardzo dobrze (przykładem mogą być jego późniejsze, równie ciekawe, płyty jak Top Priority czy Fresh Evidence). Może to i trochę przykre, że na zawsze pozostał outsiderem, ale kto wie, czy tak nie jest lepiej – czasami potrzeba bowiem cichych bohaterów, o których nie upomina się mainstream. A grandżowcy za swojego guru mogą obrać kogo chcą – ci, którzy wiedzą od kogo się ten cały bajzel zaczął, będą nadal słuchali Tattoo czy Irish Tour’74 z wypiekami. (Mateusz Rękawek)

Reklamy