#12: David Arnold – Shaken and stirred: The David Arnold James Bond project (1997)

by carpcrawl

W 1997 roku David Arnold miał 35 lat i zdążył zebrać pierwsze doświadczenia związane z Hollywood. Debiut w wielkim świecie muzyki filmowej zaliczył cztery lata wcześniej, oprawiając The young americans – pierwsze dzieło swojego przyjaciela, Danny Cannona. Teledysk do pochodzącej z tego filmu piosenki Play dead dał Arnoldowi – i wokalistce z Islandii, która ją zaśpiewała – początki rozpoznawalności wśród widzów MTV. Kolejne zlecenia dotyczyły już między innymi blockbusterów sci-fi – Gwiezdnych wrót i Dnia niepodległości; praca przy drugim z nich poszła kompozytorowi tak dobrze, że został uhonorowany nagrodą Grammy. Spełnienie marzeń? Dla wielu na pewno, ale Arnold miał w głowie jeszcze jedno, związane z serią, której fanował od dziecka – przygodami agenta 007.

Piosenki z czołówek filmów o Bondzie to osobny rozdział popkultury, godny osobnych tekstów, by wspomnieć choćby niedawny ranking z T-Mobile-Music. Arnold pomysł miał prosty – przenieść bondowskie klasyki, często osadzone brzmieniowo w innej epoce, w świat trendów środka lat 90. Czasem oznaczało to delikatną zmianę aranżacji i zaśpiewanie piosenki przez kogoś bardziej współczesnego, a czasem ingerencje były odważniejsze, włącznie z nagraniem wersji w innym gatunku niż oryginał. Kompozytor objął funkcję producenta płyty, do niego też należało aranżowanie partii orkiestrowych i dobór gości. Ten prezentuje się okazale, ale mógł być jeszcze lepszy, gdyby na płytę weszła zaśpiewana przez Björk You only live twice. Tak się jednak nie stało*, zostając więc przy tym, co weszło na Shaken and stirred: The David Arnold James Bond project, podzieliłbym jej tracklistę dość luźno na trzy części.

Część pierwsza to utwory poddane tylko delikatnemu liftingowi, aranżacyjnie dość wierne oryginałom i zaśpiewane raczej z szacunkiem, niż z odwagą. Takie jest otwierające płytę Diamonds are forever w wykonaniu brytyjskiego wokalisty Davida McAlmonta, znanego głównie ze współpracy z gitarzystą Suede, Bernardem Butlerem. O tym, że słuchamy coveru, świadczy właściwie tylko nieco nowocześniejszy podkład rytmiczny i męski (choć wysoki) głos zamiast charakterystycznej barwy mistrzyni piosenek bondowskich, Shirley Bassey. Podobnie rzecz się ma z Moonrakerem w wykonaniu Shary Nelson (niezapomniany wokal stojący za Unfinished sympathy Massive Attack) i Thunderball zaśpiewanym przez Martina Fry (ABC) – oboje brzmią jak nowsze wersje Bassey i Toma Jonesa, oddające im hołd, śpiewające czysto i ładnie, i niestety nic ponad to.

Na szczęście są też interpretacje bardziej śmiałe. Aimee Mann nie spaprała sprawy i zaśpiewała najseksowniejszy temat z Bonda, Nobody does it better (oryginalnie Carly Simon) jak należy – zmysłowo i kusząco. Do tego Arnold pozwolił sobie na ciekawą aranżację i sonoryczną wstawkę w środku utworu, w dodatku kontrastując ją z delikatnym początkiem kolejnej zwrotki. Chrissie Hynde jest w Live and let die (McCartney) w zasadzie po prostu sobą – rock’n’rollowa, lekko drapieżna, nie dająca się zepchnąć do tła orkiestrze i gitarom. W tej kategorii wygrywają jednak artyści, którzy przydzielone piosenki zaśpiewali i zagrali tak, jakby były ich własne. Jarvis Cocker jest jak zawsze mistrzem inteligentnej perwersji, niemal wyszeptując All time high (Rita Coolidge), a całość bez problemu sprawdziłaby się na trackliście This is hardcore. From Russia with love (Matt Monro) w wersji Natachy Atlas niemal zmienia się we From Morocco with love, co zawdzięcza nie tylko wokalistce, ale i wschodniej aranżacji Arnolda. Co ciekawe, Atlas nagrała też swoją wersję You only live twice, z tym samym podkładem co Björk, ale ta wersja również nie trafiła na płytę.

Na osobną kategorię zasługuje We have all the time in the world (z W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości). W oryginale zaśpiewana przez Louisa Armstronga, dostała się w ręce jednego z ostatnich muzyków, którego można z uśmiechniętym Armstrongiem skojarzyć – Iggy Popa. I wiecie co? Zaśpiewał to tak, jakby urodził się po to, żeby to zrobić, z nonszalancją i perfekcją Sinatry. To sytuacja odwrotna – artysta znany z czegoś zupełnie innego zostaje wchłonięty przez piosenkę i bondowskie brzmienie, po czym orientuje się, że w tych szatach jest mu piekielnie do twarzy. Wisienka na torcie.

Najbardziej intryguje mnie jednak to, co dzieje się w części trzeciej – oddanej we władanie elektroników. Duet Leftfield na warsztat wziął Space march (z Żyje się tylko dwa razy) – jeden z niewielu tematów instrumentalnych z Bondów, który zrobił większą karierę, m.in. na scenie techno za sprawą Trip II the moon part 1 Acena. Dużo bardziej podoba mi się to, co zrobił Acen (użycie muzyki z Bonda w utworze hardcore techno? bomba!), wersja Leftfield jest raczej zachowawcza i mniej zaskakująca, ale nadal przyjemna i z paroma dobrymi pomysłami. Zdecydowanie dalej poszedł ówczesny król ‚klimatycznego jungle’ LTJ Bukem, nie do poznania zmieniając temat przewodni całej serii. Można się przyczepić, że to w zasadzie dwa patenty niepotrzebnie rozciągniete na siedem minut, ale taki urok stylistyki i muzyki Bukema w ogóle. Wreszcie być może centralny punkt płyty – wydany na singlu (dotarł do 7 miejsca) 9-minutowy On her majesty’s Secret Service nagrany przez duet Propellerheads. Utwór oparty jest przede wszystkim na motywie tytułowym, ale to nie jedyna Bondowska melodia, jaką panowie cytują. I choć big beat, swego czasu gigantycznie popularny i stadionowy podgatunek elektroniki, nie zestarzał się najlepiej i wyprodukował dużo słabizny, to do Bonda wydaje się pasować jak ulał. Gdybym miał wytypować coś, co w big beacie wytrzymało próbę czasu, to obok niektórych nagrań Chemical Brothers, Fatboy Slima czy Lo Fidelity All Stars wskazałbym właśnie to.

Shaken and stirred to nie album wybitny, jest po prostu dobry, nieco nierówny, z paroma bardzo celnymi strzałami. Sprzedawał się nieźle, docierając do 11 miejsca na liście bestsellerów. Pewnie gdyby nie on, to Propellerheads nie nagraliby później piosenki z Shirley Bassey. Ale najwięcej dobrego płyta zrobiła dla jej pomysłodawcy i reżysera. Arnoldowskie wersje muzyki z Bonda usłyszał John Barry, nadworny kompozytor serii, i zrobiły na nim duże wrażenie. Jak później mówił, był zachwycony tym, jak Arnold pogodził wierność melodiom i harmoniom ze świeżym podejściem do rytmu, a także interesującym doborem gości. Gdy więc producentka filmów o Bondzie, Barbara Broccoli, poszukiwała nowego kompozytora po średnim eksperymencie z Erikiem Serrą w GoldenEye, Barry zarekomendował jej właśnie autora Shaken. I tak spełniło się wielkie marzenie – David Arnold został właściwym następcą Barry’ego, oprawiając niemal wszystkie kolejne odcinki serii. Licznik zatrzymał się dopiero w roku 2012, na wchodzącym dziś do kin Skyfall, które od Arnolda przejął Thomas Newman. Czy to jednak będzie zmiana na stałe? Czas pokaże, wszak John Barry też miał w swojej przygodzie z Bondem trzy krótkie przerwy. (KZK)

* – Gdybyście bardzo byli ciekawi tego wykonania, to piosenkę można pobrać ze starej strony Islandki

Reklamy