#13: Giorgio Moroder – Son of my father (1972)

by carpcrawl

 

 

Włoski wąsacz zaatakował ostatnio Soundcloud przypominając mi, że choć wszyscy pamiętamy go jako rewolucjonistę wymyślającego niemalże w pojedynkę electro i nadającego kierunek disco, który dał nam techno (odciągając je od ‚funku’ w stronę twardej, tanecznej rytmiki), to zaczynał niedaleko od innego magika klawiatury – Briana Eno. Bo jeżeli nie wiecie, zanim Eno zrewolucjonizował niemalże samodzielnie muzykę tła, wypychając ją w przód, nagrywał świetne piosenki (ale o tym przy innej okazji).

Wydane w 1972 roku Son of My Father to coś w rodzaju wydanego w tym samym okresie Taking Tiger Mountain By Strategy obdartego z arthouse’u, jaki roztacza wokół wszystkiego Eno. Bez transcendencji, same dobre piosenki. Niby gorzej, ale nie w ten sposób, który mógłby kogokolwiek martwić. Utwory są żywe, kolorowe i pełne energii. Automation, choć stara się być amerykańską truckerką, antycypuje Autobahn Niemców z Kraftwerk. London Traffic inkorporuje ambientowe plamy i egzotyczne przeszkadzajki z bubblegum popem. Underdog to powerpop z rozfuzzowaną gitarą i smykami(!), później okraszony futurystycznymi moogami i przetworzoną perkusją. Bongosy prowadzą nas przez zabarwiony gospelem Lord Release Me. Pauline mogłoby się sprawdzić spokojnie w repertuarze Elephant 6 z lat 90tych. Watch Your Step skutecznie imituje wysokooktanowe The Kinks. Inne od wszystkich, syntetyczne i narastające w napięciu Tears, bliższe Kingsleyowi niż piosenkowości reszty krążka, które co bardziej uważni rozpoznają jako jeden z sampli, na którym jedzie Organ Donor DJ Shadowa. No i tytułowy, którego charakterystyczny motyw klawiszy pożyczyło kiedyś telewizyjne Studio Sport, a które w innej wersji było hitem dla Chicory Tip.

Próżno jednak szukać tej pozycji w sklepach. Wydany w Brazylii, Niemczech i USA album nigdy nie doczekał się wznowienia, na żadnym formacie. Możliwe, że ekspansja Morodera na strony streamingowe pozwoli nam niedługo usłyszeć te jego wczesną perełkę w pełnej audiologicznej okazałości (chwilowo możemy cieszyć się jedynie włoskojęzyczną wersją najsłynniejszej w zestawie piosenki). Poza tym, warto nadmienić, że płyta jest jednym z początków współpracy Giorgio z Pete Bellottem, który kilka lat pózniej dołożył swoją rękę też do Love To Love You Baby i From Here To Eternity – kamieni milowych rewolucji, o której wspominałem na początku. Ale to już w ogóle inna historia. (Emil Macherzyński)

Reklamy