#14: Ich Troje – Intro (1996)

by carpcrawl

Na wstępie uspokoję wszystkich hejterów i osoby zastanawiające się „what the fuck?”. Nie zamierzam wzbudzać kontrowersji a’la Screenagers, doszukując się w debiucie Ich Troje nie wiadomo jakiej zajebistości. Nie jest to również płyta z kategorii guilty pleasure, choć kilka fragmentów Intro mogłoby się w niej znaleźć. Jakiś czas temu postanowiłem po prostu posłuchać Wiśniewskiego z czasów przed sępem miłości i całym tym crapem, którym przez kilka lat żyła większość nastolatków w naszym kraju. W rezultacie o głębszych doznaniach trudno mówić, ale na pewno wrzucanie tej płyty do jednego wora z Ad.4 i Po 5: A Niech Gadają, nie mówiąc już o kolejnych „dziełach”, jest po prostu błędem. Dlaczego?

Wszyscy znamy tę historię. Biedny chłopak z Łodzi, wychowywany w domu dziecka, robiący lewe interesy na kartach magnetycznych, mający za sobą doświadczenia homoerotyczne i wielką fascynację Michałem Bajorem, spotyka w końcu właściwych ludzi i spełnia swoje największe marzenie – nagranie płyty z myślą o karierze w szołbizie. Trzeba Wiśniewskiemu przyznać, że był wytrwały i konsekwentny w swoich poczynaniach, bo – jak czas pokazał – kariery jego zespół nie zrobił przez kilka następnych lat. Album ukazał się w będącej wówczas na fali firmie KOCH, która dorobiła się niewątpliwie na dystrybuowaniu w Polsce The Prodigy, i wielkiego szumu, przynajmniej w kraju, nie narobił. No, może poza jednym-dwoma utworami, ale o tym za chwilę.

Aby dobrze zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, skontrastowałem utwory z Intra z kilkoma późniejszymi hitami. Okazało się, że jest to płyta bardzo porządnie wyprodukowana – słychać wyraźnie każdy instrument, który nie jest generowany komputerowo (no, może poza automatem perkusyjnym, który tu akurat zupełnie nie wadzi). Ot, zwykła muzyka pop, ale podkłady nie są, o dziwo, tandetne i drażniące. Kawałki pokroju Spadam czy Obcy mogłyby spokojnie być wykonywane przez Varius Manx z Lipnicką i… byłyby przebojami. Ogólnie utwory śpiewane przez Magdę Pokorę, która później stała się panią Wiśniewską, a jeszcze później Femme, bronią się tu
najlepiej. Najsłabiej wypada w próbach wokalnych autor muzyki, Jacek Łągwa – tym bardziej dziwi fakt, że jest absolwentem muzycznego ogólniaka w klasie śpiewu (Mrok – zdecydowanie okropna piosenka). A Wiśniewski, jak to Wiśniewski – przesadnie teatralny, wokalnie gdzieś między wspomnianym Bajorem a growlem, już wtedy mający skłonność do patosu (chorały w Bezdomnych – makabra) i grafomanii („Naszym mieczem są pieśni / Naszą tarczą są łzy / Więc daj nam proszę znak / Życia znak”). Ogromnym minusem tej płyty jest jej różnorodność – nie dość, że troje wokalistów, to jeszcze zespół nie za bardzo wie jakiej stylistyki się trzymać – piosenka francuska (Szarość Dnia), funk (Gwałt), piosenka poetycka (Niecierpliwi Myśliwi) czy rock (Ci Wielcy – swoją drogą polecam ten utwór, chyba jedyny, w którym Wiśniewski nie ryczy jak metalowa koza).

Absolutną ozdobą Intra jest urocza pioseneczka pt. Kot z funkującą gitarą i sympatycznym refrenem. Aż dziwne, że nie trafiła na dłużej do radia. Jako taką, może nawet bardziej lokalną niż ogólnopolską, popularność zdobyły jednak dwa inne kawałki. Prawo to taki szkic tego, co Wiśnia rozwinął kilka lat później w Powiedz. Podobny patos, chóralny refren z rymami częstochowskimi, w których za bardzo nie wiadomo o co kaman. Numer ma jednak coś w sobie, może to sentyment z liceum, kiedy to śpiewaliśmy pod tą melodię pieśń „Jabol”? Zaskakująco słuchanie wycia „Naszym prawem jest radość istnienia / a nie martwa cierpliwość kamienia” (swoją drogą, WTF?!?!) nie wzbudza u mnie uśmiechu politowania. Przed tym nie można się jednak ustrzec w przypadku Jeanny – coveru nieodżałowanego Falco. Idea co prawda słuszna – podmiotem w tekście jest facet gwałcący czy też molestujący młoda dziewczynę, i jeśli to miała być przestroga, to ok. Falco jednak jawi mi się jako król efekciarskiej tandety (no, może poza Der Kommissar) i właśnie tą drogą poszedł Michał w tej wersji. Jest teatralnie, jest mocno. Miało być wzniośle i poważnie, wyszło nieco żenująco i słabo.

Generalnie nie jest źle. Gdyby nagrali debiut ze dwa lata wcześniej, usunęli z niego 5 piosenek, zastąpili automat prawdziwą perką, to może byliby na tym samym poziomie, co Kasia Kowalska i Edyta Górniak. A tak, Ich Troje potrzebowali jeszcze kolejnych trzech płyt, kilkunastu kolczyków, zmiany wokalistki i czerwonej farby do włosów, żeby się wybić. No i zmiany muzyki ze średniej na kloaczną. (Mateusz Rękawek)

Reklamy