#15: Penguin Cafe Orchestra – Penguin Cafe Orchestra (1981)

by carpcrawl

Z całym szacunkiem dla geniuszu, wybitnych zdolności manualnych, słuchu absolutnego czy gigantycznej wiedzy na temat akustyki i realizacji dźwięku, ale jedną z najważniejszych sił napędowych w historii muzyki był i jest przypadek. Nie chodzi mi tu o free jazz, pisanie utworów na podstawie rzutów kostką czy heksagramów I Ching, ale o zwykłe zbiegi okoliczności, z których wypływały pomysły czy decyzje artystyczne. Bywa i tak, że do kreatywnego myślenia pobudza choroba – tak było choćby z Brianem Eno, u którego poważny wypadek doprowadził do rozpętania cichej ambientowej rewolucji. Podobna historia przytrafiła się brytyjskiemu gitarzyście klasycznemu Simonowi Jeffesowi podczas pobytu w Paryżu, gdzie zatruł się nieświeżą rybą.

Jeffes, rozczarowany w tamtym czasie muzyką klasyczną i jej ograniczeniami strukturalnymi, leżąc w łóżku z bólem brzucha doznał wizji, która zdefiniowała całą jego późniejszą karierę. W wyobraźni zobaczył betonowy budynek podobny do hotelu, pełen ciszy, zamieszkany przez ludzi pogrążonych w uporządkowanej i spokojnej izolacji. Dzień później, gdy Jeffes poczuł się lepiej, podczas pobytu na plaży usłyszał w głowie słowa opisujące całkowite przeciwieństwo smutnego hotelu z poprzedniego wieczoru. Głos przedstawił się jako właściciel kawiarni Penguin Cafe, miejsca pełnego przypadku, spontaniczności, niespodzianek i irracjonalności, w którym każdy bez skrępowania może dać upust temu, co siedzi w jego podświadomości. Nie miały tam wstępu strach, a także miłe i uporządkowane życie zabijające kreatywność, za to panowała pełna akceptacja i otwartość. To była inspiracja, której potrzebował Jeffes, i pod jej wpływem założył instrumentalny kolektyw Penguin Cafe Orchestra.

Pierwsze wcielenie PCO było kwartetem, w którym grali: Jeffes na gitarze elektrycznej, Helen Liebmann na wiolonczeli, Steve Nye (producent m.in. Bryana Ferry, XTC i Japan) na pianinie elektrycznym oraz Gavyn Wright (aranżował instrumenty smyczkowe m.in. dla Eltona Johna, Simply Red, Oasis, a także na ścieżki dźwiękowe Shreka, 12 Małp i Batman Begins) na skrzypcach. Grupa nagrała w tamtym czasie także kilka utworów w powiększonym składzie, z wokalistką Emily Young i grającym na ukulele Neilem Renniem. Debiut – Music from the Penguin Cafe Orchestra (1976) – zbierał nagrania z lat 1974-76 i ukazał się nakładem należącej do wspomnianego Eno efemerycznej Obscure Records. Płyta, poza świetnymi Penguin Cafe single The sound of someone you love who’s going away and it doesn’t matter, jest trochę niespójna i stanowi zaledwie zapowiedź potencjału kolektywu. Szczyt formy nadszedł pięć lat później z wydaniem Penguin Cafe Orchestra. Tym razem do podstawowego kwartetu dołączyła szóstka muzyków, w tym grający z Caravan multiinstrumentalista Geoffrey Richardson (m.in. altówka, marimba, mandolina) i argentyński perkusjonista Julio Segovia.

Choć opis wizji Jeffesa mógłby sugerować, że Penguin Cafe Orchestra gra muzykę nieokiełznaną i dziko rozimprowizowaną, to oczekujący avant-hałasu będą rozczarowani. Grupa podąża ścieżkami muzyki kameralnej, folkowej i minimalizmu. Rezultat końcowy brzmi, jakby Philip Glass napisał piosenki inspirowane exotiką i loungem, albo muzyka meblowa Erika Satie postanowiła wejść na listy przebojów. Kawiarniane wartości obecne są w muzyce PCO przede wszystkim ideowo – na Penguin Cafe Orchestra słychać doskonale radość tworzenia, nieskrępowaną wymianę pomysłów i ważną rolę każdego z członków kolektywu. Pomimo swojej lekkości i przystępności nie jest to jednak odarty z kreatywności muzak. Najbardziej znany fragment płyty, Telephone and rubber band, oparty jest na zloopowanych telefonicznych sygnałach zajętości i gotowości (znów dzieło przypadku – Jeffesowi któregoś dnia trafiła się awaria telefonu). Otwierający album Air a danser swobodnie zmienia tempo i metrum kiedy zapragnie. Zaś Pythagoras’ trousers (punktujący u mnie nerdowskim tytułem) może nieźle zakręcić swoim rozłożeniem akcentów. Jest też zagrany na pingwinową modłę surfrockowy klasyk Walk don’t run oraz wywodzące się z Zimbabwe, skromne Cutting branches for a temporary shelter. Właściwie niemal co utwór dostajemy kolejne przykłady tego, jak ‚poważne’ i ‚sztywne’ środki wyrazu (polirytmia, drone’y, repetycja) można zaprząc w służbie radości i delikatności.

Wydawałoby się, że nie może być nurtu bardziej dalekiego od alternatywy lat 90. Tymczasem klimat z Penguin Cafe Orchestra słyszę – być może trochę na wyrost, ale jednak – w dokonaniach takich artystów jak The Sea and Cake czy Jima O’Rourke’a w bardziej leniwym wcieleniu. Albo Camoufleur Gastr Del Sol – czy to nie mogłaby być postrockowa próba adaptacji pomysłów Simona Jeffesa i jego grupy? Czy gdyby Air dało sobie spokój z retro syntezatorami, nie brzmiałoby podobnie? PCO powinno też przypaść do gustu fanom wszelkich wcieleń ‚leniwego grania’ w bardziej jasnym, słonecznym wcieleniu (smooth jazz, składanki Cafe del mar, muzyka świata z rejonów Sjesty) albo folktroniki typu múm. Historia projektu nie kończy się na Penguin Cafe Orchestra, zespół wydał jeszcze kilka płyt i działał do śmierci Simona Jeffesa w 1997 roku, notując kilka mikroprzebojów (Perpetuum Mobile i Music for a found harmonium), sprzedając swoją muzykę do programów TV, filmów (m.in. Johna Hughesa) i reklam. Ale jeśli chcielibyście gdzieś zacząć – a zaręczam, że warto choćby dać zespołowi i sobie szansę – to właśnie na tej apoteozie szczęścia, lekkości i harmonijnej współpracy. (KZK)

Reklamy