#16: Rush – Permanent waves (1980)

by carpcrawl

Rush - Permanent waves

Z tym zespołem zawsze był problem. Nazwać ich najlepszym power trio w historii – nie ma sprawy. Ale już w przypadku jakiegokolwiek klasyfikowania, to Matko Bosko. Od najprostszego hard rocka w stylu Zeppelin na debiucie, po prog rock przez całą następną dekadę (Hemispheres, 2112), potem rock romansujący z nową falą (Signals), syntetyczny pop (Hold Your Fire czy Power Windows), aż w końcu mocne, niemal metalowe rżnięcie (Counterparts). Każda z ich płyt ma swoją osobną historię i każda zasługuje, przez swoją różnorodność, na uwagę. Mimo to, Kanadyjczycy są konsekwentnie pomijani w większości rankingów typu „naj” i do dziś zastanawiam się, dlaczego. Może owa eklektyczność nie zawsze jest atutem, ale przecież zespół, który ma w składzie najprawdopodobniej najlepszego perkusistę świata (którego jeden zestaw zajmuje całego tira), basistę, który gra jednocześnie nogami na klawiszach, i gitarzystę, który trzaska takie solówki, że matulu miła, nie może mieć słabych fragmentów! Jak pokazały następne lata, takie się, o dziwo, tercetowi zdarzały, choć na pewno nie należy do nich ich 7 (jak na dekadę działalności całkiem nieźle, nie?) studyjny album.

Zanim doszło do nagrywania Permanent Waves, Rush nie mieli w dorobku praktycznie żadnej przebojowej piosenki, za to przynajmniej dwa świetne concept-albumy. 2112 i Hemispheres mogły niektórych przytłaczać swoją monumentalnością, ale dało się z nich wyciągnąć chwytliwe i zdradzające potencjał momenty (Billy Corgan przyznał nawet, że pacholęciem będąc, umiał zagrać całą suitę 2112 z pamięci). Zarówno jednak włodarze firmy Mercury, jak i pewnie sami członkowie zespołu, byli już trochę tą pompą zmęczeni. Kawałki trwające 20 minut nużyły słuchacza na koncertach (bo w domu to jeszcze pół biedy), a utwory krótkie z jakimś konkretnym riffem dało się policzyć na palcach jednej ręki. I tak, w 1980 roku, kiedy muzyka progresywna już dawno odeszła do lamusa, Rush, zafascynowani modnymi brzmieniami spod znaku nowej fali, Ultravox i The Police (co przyznał sam Neil Peart), postanowili: Nagrywamy PIOSENKI. Nie utwory, suity, pasaże. PIOSENKI. Oczywiście, nie można uciec ot tak od przeszłości i od razu zostać gwiazdą pop, ale coś w tym kierunku można zrobić. I stało się.

Permanent Waves to płyta w całości złożona z utworów, po raz pierwszy połączonych nie tekstami i opowiadaną historią, ale konkretnym motywem muzycznym. Te ówczesne fascynacje słychać wyraźnie, ale bez bezczelnego kopiowania. Kilkusekundowa wstawka reggae (sic!) w otwierającym Spirit of The Radio przywołuje co prawda na myśl The Police, ale raczej jest szyderczym komentarzem do treści kawałka, który opowiada o szczerości i wolności w muzyce. Geddy Lee przestał piać, zaczął śpiewać. Lifeson odkrył przestery i choć nadal używa tego swojego charakterystycznego „tirurriruriruriruriru” to wreszcie to brzmi i jest bardzo czytelne! Nadal aż dziw bierze, że oto gra tylko trzech kolesi a nie cały big band, jednak wszystko słychać dokładnie, każdy pojedynczy instrument (dla kontrastu z La Villa Strangiato, genialnym instrumentalnym kawałkiem z Hemispheres, w którym, mimo swej zajebistości, wszystkiego jest much too much). Dalej mamy Freewill, utwór kilkakrotnie skopiowany na następnej płycie, Moving Pictures – perkusyjny połamaniec z delikatnym klawiszem i falującą gitarą Lifesona. Wstęp do Jacob’s Ladder może się z początku wydawać nieco nudny, no ale gdy do akcji wkracza Lee z Peartem i miażdżącą gitarą… Zawsze twierdziłem, że Rush byli największą inspiracją dla Toola, i to słychać bardzo wyraźnie w motywach gitarowych z Permanent Waves i Moving Pictures – na Lateralusie czy Aenimie są one po prostu ciężej zagrane, a poza tym nie zmieniono w nich nic.

Entre Nous zdaje się być najsłabszym momentem, klawisze za bardzo przypominają to, co dzieje się na Viennie Ultravox i chyba za bardzo zależało Rush na nagraniu przeboju.
Geddy Lee, Alex Lifeson, Neil Peart – nie idźcie tą drogą! Different String jest z kolei piękną, pół-akustyczną balladą, chociaż słychać, że Peart nie brał jeszcze lekcji grania jazzowego (stało się to niemal dwadzieścia lat później) i jego bębny dudnią, jakby od tego zależało ich przetrwanie. Całość kończy niemal 10cio minutowy Natural Science – dowód, że trio nie pozbyło się jeszcze do końca naleciałości dwóch poprzednich, jeszcze progresywnych płyt, chociaż refren już zdradza postęp – ponowne nawiązanie do The Police, coś, co później stało się kanwą 90125 Yes. Kanadyjczycy odnajdują jednak swoją drogę, zarówno poprzez brzmienie jak i konstrukcję melodii.

Miały być piosenki. Czy się udało? Nie do końca. Trudno inaczej myśleć o tych kawałkach jak UTWORY. Nie są zbudowane na zasadzie zwrotka-refren-zwrotka, ale nie są też przytłaczające i nudne. Tematyka smoków, podróży w kosmos, śnieżnych psów i innych pierdół odeszła do lamusa. Trudno wskazać najlepszą płytę Rush, większość pewnie wymieniłaby Moving Pictures, jednak bez Permanent Waves nie byłoby tego zespołu.  Zaginąłby w czeluściach historii muzyki jako progresywni eksperymentatorzy, którym nie udało przebić się do czołówki. W rezultacie mainstream się o nich nigdy nie upomniał, ale stojąc trochę z boku, i konsekwentnie nagrywając dobre płyty, wywierali bardzo duży wpływ na wykonawców niemal z każdej bajki (co pokazuje film Beyond The Lighted Stage, gdzie do fascynacji Rush przyznaje się cała kupa muzyków od Trenta Reznora, Vinnie Paula z Pantery czy wspomnianego Corgana, po… Jacka Blacka). I tylko możemy żałować, że pewnie nigdy nie przyjdzie nam w Polsce zaryczeć wraz w kilkutysięcznym tłumem wstawki z Spirit of The Radio, gdy tłum odpowiada Geddy’emu na okrzyk „Concert haaaaallll!!”. So sad. (Mateusz Rękawek)

PS. Chociaż w poniższym klipie, z trasy Snakes And Arrows, Geddy jest w fatalnej formie wokalnej, to jednak ze względu na kurczaka, który kradnie całe show, nie mogłem się powstrzymać:

Reklamy