#17: Brainbombs – Obey (1995)

by carpcrawl

Brainbombs - Obey

Mam ostatnio poważny kryzys, jeśli chodzi o pisanie i mówienie o muzyce. Nie zrozumcie mnie źle – nadal kocham muzykę bardziej niż siebie, nadal mnóstwo emocji daje mi czytanie recenzji czy felietonów o tematyce okołomuzycznej, dalej mam swoich ulubionych autorów, których teksty z lubością pochłaniam, bo prowokują u mnie przemyślenia, nakierowują na nowe, ciekawe dźwięki, albo po prostu są wciągającą lekturą. I w ogóle – jest naprawdę super. Mam jednak wrażenie, że w gąszczu tych wszystkich aspektów, takich jak analiza kontekstu (to słowo), rozkminianie znaczenia socjologicznego (to też), czy rozbiór kompozycji na czynniki pierwsze, gdzieś gubi się sedno całej sprawy – czyli muzyka właśnie. Dorzućmy do tego, że odbiór sztuki jest sprawą czysto indywidualną, co wprawdzie może prowadzić do wartościowego intelektualnego dyskursu, ale równie często kończy się dissami i beefami pomiędzy autorami tekstów. W tychże sprzeczkach miałem okazję mniej lub bardziej aktywnie uczestniczyć i dorzucać swoje trzy grosze i nie waham się powiedzieć, że to jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogą przydarzyć się środowisku recenzenckiemu. Serio, to ma do czegokolwiek prowadzić? Czasem mam wrażenie, że najlepiej by było, jakbyśmy zamknęli się wszyscy w domach z naszymi płytami, słuchali ich, i wyciągali z tego tyle przyjemności, ile możemy. Działało przez lata, będzie działało dalej, polecam.

Cała ta sytuacja zachęciła mnie do tego, żeby na temat kolejnego tekstu wybrać płytę, przy której wysiadają wszelkie próby logicznej analizy czy intelektualnych rozważań. I to wcale nie dlatego, że jest taka głęboka, uniwersalna, ponadczasowa, czy cokolwiek innego. Nie jest też jakaś wybitna, chociaż skłamałbym pisząc, że jest w jakikolwiek sposób zła. Jest po prostu tak ekstremalna i prostolinijna, że nie ma tam miejsca na takie rzeczy. Słuchając Obey zespołu Brainbombs, jednego z moich ostatnich odkryć, nie myślę o tym, co miała ta płyta wnieść do świata Anno Domini 1995. Nie analizuję tego, że warstwa muzyczna tej płyty balansuje między no wave’owym zamiłowaniem do hałasu, szczyptą industrialowego kabaretu spod znaku Foetusa, a grindcore’owymi ciągotami do szeroko pojętej obsceny (nie wiem, cokolwiek, to zdanie było improwizowane i nie bierzcie go sobie zbytnio do serca). Ba, nie sprawdzam nawet składu zespołu, ani nazwiska producenta albumu. Jeśli na czymkolwiek się skupiam, to na tym, żeby pod koniec płyty mój pokój pozostał w jednym kawałku, współlokatorzy nie myśleli o mnie gorzej niż myślą teraz, a moja noga nadal zginała się w kolanie mimo intensywnego skakania po domu i okazjonalnego sprzedawania kopniaka napotkanym po drodze przedmiotom. Mogę też ewentualnie uważać na to, by w porę zauważyć, że sąsiadka ma poważne pretensje o poziom decybeli za jej ścianą, i zareagować, zanim przyjedzie policja. I to jest radość, to jest życie. To są EMOCJE w czystej postaci – to dzięki nim zainteresowaliśmy się wszyscy muzyką, warto sobie o tym czasem przypomnieć.

Obey zaczyna się delikatną jazzującą melodyjką, która po kilkudziesięciu sekundach ginie w jazgocie potężnego gitarowego sprzężenia. Jego jedyną logiczną kontynuacją jest noisowo-garażowo-cokolwiek wyziew, który z króciutkimi przerwami na oddech trwa do końca płyty. „Ojej, czyżbyś miał w planach przez kolejne trzy kwadranse obcować z czymś w jakikolwiek sposób stymulującym intelektualnie? MASZ PECHA, KUTASIARZU” – zdają się mówić muzycy Brainbombs. Tak jest, caps lock i obraźliwe słowa doskonale obrazują tę muzykę. W sumie nieźle mi poszło – wytrzymałem bez używania ich aż do tego momentu. A jeśli „kutasiarzu” było rażące, to zerkniemy może na tracklistę? Kill Them All, Die You Fuck, Anal Desire, Lipstick on My Dick, a to tylko pierwsza strona winyla. Daruję sobie analizę czy wklejanie tekstów, każdy jest w stanie wyszukać w internecie „brainbombs lyrics”. Tak jest! SEKS, PRZEMOC I NAJNIŻSZE INSTYNKTY. Wszyscy mamy ciągoty w tym kierunku, nieważne jak często odchamiamy się przy Talk Talk czy innym Johnie Coltranie (z całym szacunkiem). Szanuję, że analizujesz sobie chłodne pianinowe kontrapunkty i rzucasz przedrostkiem „meta-” średnio dwa razy w każdym zdaniu. To jest dobre. Też jestem cywilizowany, jem przy pomocy sztućców, raczej opuszczam po sobie deskę i mówię „dzień dobry”, kiedy wchodzę do sklepu. Ale mam też świadomość, że pochodzimy od zwierząt (albo nawet, jak wolę mówić, jesteśmy zwierzętami) i w naszym życiu muszą się pojawić też najprostsze przyjemności i zaspokojenie podstawowych potrzeb, abyśmy mogli tym życiem się w pełni cieszyć. Bo o to w tym wszystkim miało od początku chodzić, prawda?

Polecam każdemu – włącz sobie Obey, wyłącz mózg na 45 minut, i baw się jak najlepiej. Nie, nie będzie to w jakikolwiek sposób niewłaściwe czy naganne. Nie będzie też to o Tobie świadczyło źle. Kiedy płyta się skończy, możesz wrócić do np. swojej prestiżowej pracy na wysokim, kierowniczym stanowisku, czy co tam robisz, żeby mieć na chlebek. Albo do swojej drugiej połówki, najlepiej w pakiecie z dwójką dzieci, psem, kotem i ładnym samochodem, cokolwiek. Polecam. Ale w obliczu wszechogarniającej i przytłaczającej nas cywilizacji warto czasem dać się ponieść emocjom i wyzerować. Absolutnie nie mówię, że Brainbombs albo szeroko pojęta hałaśliwa muzyka gitarowa to jedyne czy najlepsze źródło tychże emocji – jeśli wolicie, oddajcie się dobrej gibanie. Ba, zatraćcie się we właściwie dowolnym rodzaju muzyki jaki powstał, ważne żebyście przypomnieli sobie, że słuchanie płyt jest spoko i to dlatego tu wszyscy jesteśmy, a dyskutowanie i pisanie o płytach ma być tylko i wyłącznie dodatkiem. I na tym kończę, bo zaraz zacznę pisać o tym, żeby nie było wojen, a to trochę nie pasuje do płyty, w której padają słowa „you sick fuck / you have lipstick on your dick”.

PS. Wiem, że pisanie o swoim kryzysie odnośnie pisania o muzyce było moralnie wątpliwe, a na dodatek pierwszy akapit był głosem w dyskusjach, którym otwarcie pod jego koniec się sprzeciwiłem. OH WELL. (Maciek Sławski)

Reklamy