#18: Marillion – Misplaced childhood (1985)/Clutching at straws (1987)

by carpcrawl

Marillion - Misplaced childhoodMarillion - Clutching at straws

Kontynuujemy przygodę z neo-prog rockiem, był Rush, a zatem musi być i Marillion. Najważniejszy zespół tego nurtu lat 80tych, do pewnego momentu za sprawą Fisha bardzo charakterystyczny i wpływowy. Zespół, któremu jako jednemu z nielicznych udał się romans muzyki trudnej i wymagającej z inteligentnym popem. A że w zasadzie nie wiadomo, która płyta Marillion z tego okresu jest lepsza, niniejszy felieton traktować będzie o dwóch.

Droga Marillion do mainstreamu przypominała trochę tą, którą przebyli Kanadyjczycy ze wspomnianego Rush. Zaczęli od niezłego singla, Market Square Heroes, i porządnego longplaya w postaci Script For A Jester’s Tear. Muzyka ta była chyba jednak za skomplikowana do przetrawienia przez przeciętnego słuchacza, dlatego już od płyty Fugazi słychać znaczące zmiany w brzmieniu. Do klasycznych, progresywnych i pokrętnych form dodano odrobinkę nowofalowego soundu i już takie numery jak Assassing czy Punch And Judy mogły przyprawić o tupanie nóżką i rytmiczne klaskanie na koncertach. Finał tej ewolucji przyszedł wraz z Misplaced Childhood. Marillion jednak nie do końca pogrzebali tradycję – nadal nie grali piosenek, w większości były to suity i dłuższe formuły, z których można było ewentualnie wyciąć odpowiednie fragmenty tak, by nadawały się na single. Postawili też na konkretny koncept – płyta miała opowiadać jedną i tą samą historię od początku do końca, a słuchacz miał mieć wrażenie, że słucha zamkniętej całości, bez przerw i ciszy między utworami. Ten, znany od lat 70tych zabieg, nie tylko się udał, ale i przyniósł bardzo dobre efekty.

Obie płyty dzielą zaledwie dwa lata i dlatego też są do siebie, na każdej niemal płaszczyźnie, bardzo podobne. Misplaced Childhood opowiada, zgodnie z tytułem, o utraconym dzieciństwie, jest sentymentalną opowieścią dojrzałego człowieka, który tęskni za beztroską, jaką dawały mu szczenięce lata. Clutching At Straws to z kolei historia alkoholika, który z powodu sławy i pieniędzy stacza się na dno (co w przypadku Fisha miało być prorocze, ale o tem potem). Oba albumy zaczynają się małymi introdukcjami (Pseudo Silk Kimono i Hotel Hobbies), które prowadzą nas do właściwej części. I w obu przypadkach są to single – Kayleigh i Warm Wet Circles. Tego pierwszego nie trzeba chyba nikomu prezentować, idealna piosenka pop z romantycznym zabarwieniem, wielki przebój 1985 roku, jedyny taki w karierze Marillion. Circles to smutna opowieść o odciskach po szklankach na ladach barowych, z charakterystyczna gitarą Steve’a Rothery’ego robiącą w kółko „tiruriruriru”. Lavender i That Time of The Night (The Short Straw) są z kolei miłymi balladami, w których tli się jakaś nutka nadziei, ta druga chyba lepsza ze względu na (nie tylko muzyczne) podobieństwo do solówek Phila Collinsa (swoją drogą, Fish zawsze był do niego podobny – łączyły ich nie tylko wokal, ale także łysina i ogólne brzydactwo; jedyne, co ich odróżniało, to wzrost). Na Childhood kontynuacją LavenderBitter Suite i Heart of Lothian, długie i skomplikowane utwory, po których następuje dwuminutowa bomba – Waterhole (Expresso bongo) ze świetnymi klawiszami a’la cymbały. Na Straws taką rolę pełni Just For The Record, szybki numer z przewodnim motywem syntezatorów i wściekłymi wokalami Fisha. No a dalej mamy m.in. Sugar Mice – jeden z największych i najbardziej ulubionych przebojów fanów Marillion, coś, co przypomina o uchlewaniu się na smutno i wspominaniu utraconych chwil – oraz Incommunicado, czyli szybką i hiciarską rzecz o dobrej zabawie i atrakcjach wynikających z alkoholu.

Temat tęsknoty jest klamrą, która obie płyty łączy idealnie w całość. Sentymentalizm za dzieciństwem, którego już nie ma, i pijaństwem, którego nie da się opanować. Dlatego też oba albumy zakończone są monumentalnymi numerami, które zdają się odpowiadać na wszystkie pytania zadane do tej pory. W Childhood’s End? Fish śpiewa o dziecku w drugiej osobie, ale tak naprawdę ma na myśli samego siebie. Kończy jednak optymistycznie wnioskując „So I see it’s me / I can do anything / I am still a child / Because the only thing misplaced was direction / And I found direction – there’s no childhoods end”. A zatem nie jest tak źle, jest nadzieja. Wręcz przeciwnie sprawa ma się w przypadku The Last Straw. Ten mocny i w sumie prosty rockowy numer kończy się zdaniem „We’re still drowning”. A jeśli dodamy do tego ostatni utwór o ironicznym tytule Happy Ending, który trwa (jakżeby inaczej!) 0 sekund, otrzymamy jasną odpowiedź – w tym przypadku happy ending po prostu nie istnieje.

Na pierwszy rzut ucha jakże inne, ale po przeanalizowaniu sprawy tak podobne krążki. Misplaced Childhood wydaje się być jako całość trochę bardziej przystępna i przebojowa, no ale i tematycznie jest bardziej optymistyczna. Trudniejsze Clutching At Straws, niemal proroczo, stało się końcem Marillion. Fish odmówił brania udziału w morderczej trasie koncertowej promującej album, na którą naciskał manager i reszta zespołu, i w rezultacie został z niego zwolniony. Po latach przyznał, że gdyby nie zrezygnował, skończyłby dokładnie tak, jak jego bohater z płyty z 1987 roku. Dobrze, że tak się nie stało, aczkolwiek żadne z późniejszych dokonań Marillion ze Stevem Hogarthem za mikrofonem, ani solowych albumów Fisha, nie odniosło takiego sukcesu ani też nie wspięło się artystycznie tak wysoko, jak te dwa opisywane longplaye. I po dziś dzień aż dziw bierze, że tę inteligentną muzykę, która na dobrą sprawę nie funkcjonuje bez równie intrygujących tekstów, pisali ludzie przed trzydziestką. (Mateusz Rękawek)

Reklamy