#19: Vince Guaraldi Trio – A Charlie Brown christmas (1965)

by carpcrawl

Vince Guaraldi Trio - A Charlie Brown christmas

Marcin Wierciński z portalu Uchem w Nutę (pozdrowienia!) na Twitterze bardzo celnie dotknął tematu muzyki okołoświątecznej, pisząc „Każdy (polski) artysta siadając do kolędy chce to zagrać smętnie / artystycznie; zawsze wychodzi mu gówno, którym katują z tv i radia. Smutne.”. Rozszerzyłbym trochę tę tezę o piosenki bożonarodzeniowe niebędące kolędami i o artystów zagranicznych – tendencja jest taka, że większość dokonań z tej półki pozwala załapać raczej nastrój z okolic Zaduszek, niż Gwiazdki. Z jednej strony są ci wszyscy, którzy bardzo, bardzo, bardzo chcą uchwycić KLIMAT, z drugiej ‚innowatorzy’, próbujący odświeżyć nieco formułę. Większość ponosi porażkę z prostej przyczyny – starają się za bardzo. Zaklęcie magii Świąt w muzyce musi wypłynąć z naturalności, kalkulacja niemal zawsze zabije świąteczne ciepło.

Pianista, kompozytor i aranżer Vince Guaraldi w roku 1965 nie wziął się znikąd. Miał za sobą dekadę występów w różnych składach (w tym własnym trio), koncert na Monterey Jazz Festival, płytę z własną interpretacją muzyki z Czarnego Orfeusza. Pośród coverów Jobima Bonfy Guaraldi zamieścił na albumie autorski utwór Cast your fate to the wind. Jak wielu przed i po nim, nie docenił potencjału swojego nagrania, spychając je na stronę B singla Samba de Orpheus. Radiowi DJe wiedzieli jednak swoje i woleli grać właśnie ów b-side, co skończyło się nagrodą Grammy dla Guaraldiego w 1963 roku i sukcesem na liście przebojów Billboardu, gdy Cast your fate to the wind w wersji Sounds Orchestral przebiło się wiosną 1965 do pierwszej dziesiątki. To ten utwór usłyszał w radio jadąc taksówką producent szykowanej wówczas telewizyjnej, świątecznej adaptacji FistaszkówLee Mendelson. A że szukał akurat pomysłu na muzykę do A Charlie Brown christmas

Nie będę kłamał, że jak miliony amerykańskich dzieciaków, poznałem jazz dzięki soundtrackowi Guaraldiego, i że towarzyszył każdym Świętom, jakie pamiętam. Prawda jest taka, że posłuchałem tej płyty ze sporym poślizgiem, dopiero niedawno, może dwa lata temu. Wiek, wyrobiony przez lata cynizm, rozpaczliwa obrona przed sentymentalizmem – nic z tych rzeczy nie przeszkodziło mi w usłyszeniu magii, o której pisałem dwa akapity wyżej. Możemy się spierać, czy to jest najlepsza świąteczna płyta, zwłaszcza, że konkurencja jest wielka (Frank SinatraPhil SpectorBeach BoysSufjan StevensKrzysztof Krawczyk), ale A Charlie Brown christmas wygrywa dla mnie bezapelacyjnie w kategorii ‚ciepło, niewinność, klimat’. Prawie nikt nie zrobił tego lepiej od włosko-amerykańskiego wąsacza i jego trio.

Rzut oka na tracklistę może zdziwić – po co na świątecznym soundtracku Dla Elizy? Jednak każdy, kto widział film, wie, że muzyka jest w nim integralną częścią scenariusza. Guaraldi nagrał swoją wersję tego klasyka dlatego, że wielkim fanem Beethovena jest nadworny pianista Fistaszków – Schroeder, który w filmie próbuje zarazić nim Lucy. Trzon reszty płyty stanowią oczywiście kolędy i kanon świątecznej piosenki, zaaranżowany i zagrany z dużą subtelnością i wielkim kunsztem, częściowo zaśpiewany przez dzieci. Oprócz kolęd są też autorskie kompozycje Guaraldiego, w tym Linus and Lucy – perła, która została tematem przewodnim kolejnych telewizyjnych odsłon Fistaszków. Guaraldi, pisząc muzykę do A Charlie Brown christmas, wykorzystał swoje doświadczenie z graniem bossa novy i jazzu ‚dla ludzi’, tworząc soundtrack pasujący do świątecznej kreskówki idealnie, pełen ciepła i przystępności, z wieloma smaczkami na drugim planie, czekającymi na wyłapanie przez bardziej spostrzegawcze uszy. Takimi, jak choćby świetnie napisane i poprowadzone melodie na lewą i prawą rękę we wspomnianym wyżej przepięknym Linus and Lucy, już na zawsze dla mnie jednym z symboli Świąt. Albo tego, co wyprawia sekcja rytmiczna bez uciekania się do efektownych przejść i breaków.

Piosenki z A Charlie Brown christmas doczekały się wersji tak różnych artystów, jak George WinstonSteve Vai Mariah Carey. Niemal co roku w okolicach Świąt album wraca na listę albumów świątecznych Billboardu, w ciągu ostatnich 11 lat sześciokrotnie lądując w jej top 10. Liczne reedycje (w tym kontrowersyjna z 2006 roku, ze źle zremasterowanymi Linus and Lucy Christmas is coming) pozwalają kolejnym pokoleniom dzieciaków poznawać niebywałą magię soundtracku Guaraldiego. Sam kompozytor zrobił jeszcze przed swoją przedwczesną śmiercią muzykę do siedemnastu telewizyjnych i jednego kinowego odcinka Fistaszków. Żaden jednak nie ma wokół siebie takiego kultu, jak A Charlie Brown christmas, i doskonale rozumiem, dlaczego. To album, który nawet mnie, niespecjalnego fana jazdy na łyżwach, wygania na lodowisko.

Kończąc, polecam bardzo gorąco i płytę, i film, wszystkim – tym, którzy z utęsknieniem czekają na przedostatni tydzień grudnia, i tym, którzy jak Charlie Brown nie do końca wiedzą, o co chodzi w tym świątecznym zamieszaniu. Wszystkiego dobrego. (KZK)

Reklamy