#20: Krzysztof Klenczon i Trzy Korony – Krzysztof Klenczon i Trzy Korony (1971)

by carpcrawl

Krzysztof Klenczon i Trzy Korony

Lata 60te to był fascynujący czas, nawet u nas. Mimo limitacji sprzętowo-wolnościowych, goniliśmy resztę świata z zaskakującą dokładnością. Bez tej rewolucji, która dała nam dziesiątki świetnych płyt, do których będę jeszcze wracał, nie mielibyśmy tej perełki, ostatniej płyty Klenczona nagranej w kraju.

Kariera urodzonego w 1942 roku Krzysztofa w latach 60tych była niemalże bajkowa. Zaczynał w pionierskim zespole Niebiesko-Czarni, po odejściu z którego w 1964 zaliczył krótki romans z zapomnianym zespołem Pięciolinie. Tam poznał Seweryna Krajewskiego, z którym do końca lat 60tych będzie systematycznie przechodził od pełnego sukcesów partnerstwa i statusu najbliższego Polskim The Beatles (grali nawet w filmach!), aż do rozłamu i pójścia swoją drogą w 1970 roku.

Skok stylistyczny, jaki zafundował fanom Klenczon, był gigantyczny. Trochę jakby Artur Rojek zamiast Lenny Valentino nagrał płytę w stylu Elvis Deluxe. Słodkie popowe piosenki kierowane do młodzieży (był autorem m.in. Historii Jednej Znajomości) zastąpił mocny, psychodeliczny hard rock na rozkręconych fuzzach i mocno akcentowanej perkusji. Kiedy większość zespołów z fali bigbitowej zdawała się odchodzić w progrockowy świat wczesnego King Crimson i Procol Harum, pełny rozbudowanych form i organów, Klenczon uderza w sam środek zgiełku wypełniającego albumy Hendrixa i Blue Cheer. Nawet dzisiaj byłoby to czyste szaleństwo i tzw. komercyjne samobójstwo.

Aczkolwiek ze śmiercią kariery, oczywiście, nie musiał się zmagać. Zwłaszcza, że drogę trochę przetarł Breakout, choć Nalepa zdecydowanie gustował w bluesie. Tutaj mamy już pełny modernizm. Jest głośno, jest ciężko, nieodlegle od tego, co działo się wtedy w Japonii (Speed, Glue & Shinki; Flower Travelin’ Band). Choć nazwa zdaje się przywoływać góry (lub Pabianice), piosenki miały raczej motywy marynistyczne. Już same przeboje grupy, czyli mniej dzisiaj pamiętany Port i ultramega zagrany do śmierci 10 w skali Beauforta jasno to potwierdzają. Przeskanowanie dokładniej tkanki tekstowej wskazuje na zaskakujący eklektyzm i otwartość, zwłaszcza w czasach komunistycznych. Centrum płyty stanowią stojące obok siebie nonsensowno-nihilistyczne perełki, czyli Nie przejdziemy do historii i Piosenka o niczym. Pierwszy to wiedziony stutonowym riffem hymn fatalizmu, fascynująco poprzetykany lekkimi odami do popularnej filozofii „żyje się raz”.

Piosenkę o niczym mogliby popełnić The Stooges. Jest ten szybki, zawadiacki rytm, prosty wpadający w ucho riff i masa energii. No i znowu – tekst! Nie wiem, czy ktoś lepiej uchwycił rozproszenie umysłu w zwrotkach takich jak „Trawa szybko rośnie, liście z drzew spadają / Księżyc nocą zniknął, słońce rankiem wstało / śnieg spadł na ulicę, słońce go stopiło / Przystanęło auto, potem znów ruszyło”. No i znowu, lekki mostek i coś, co w starych Tylko Rockach określonoby jako „płomienne solo”. Nie wiem, czy lepiej można oddać tak abstrakcyjny ciąg skojarzeń niż naładowanym, noise’owym solowaniem na dwie gitary grające momentami niemalże free.

Całemu albumowi można zarzucić lekką rozwiązłość, ponieważ zdaje się wypełnić każdą lukę stylistyczną, jaką pozostawił po sobie lider w Czerwonych Gitarach. I choć nie można mówić o szczególnych wtopach, idealne 40 minut to to nie było. Chyba wszyscy tak czuli nawet wtedy, bo zespół rozpadł się jeszcze w 1972 roku, kiedy okazało się, że sukces nie jest łatwy do odtworzenia tak bardzo, jak Klenczon by chciał. Ostatecznie wyjechał więc do Chicago, wracając na chwilę do Polski pod koniec lat 70tych z show bliższym przepychu Elvisa Presleya, po nagraniu lennonowskiej, nostalgicznej płyty The show never ends jako Christopher, która pozostaje swego rodzaju białym krukiem.

Historia Klenczona kończy się w 1981 roku, kiedy ginie w wypadku samochodowym w Chicago.

Nie kończy się jednak historia Trzech Koron, którzy na fali popularności reaktywacji wrócili w 2010 roku, wydając na nowo opracowane dwa niewydane utwory starego składu (zachowano oryginalne ścieżki wokalne) na albumie (Nie)przejdziemy do historii, w większości zbiorze nagrań dla Polskiego Radia. Na jakąś godną reedycję oryginalnego LP będziemy musieli jeszcze poczekać. (Emil Macherzyński)

Reklamy