#21: The Tammys – Egyptian shumba (1963)

by carpcrawl

The Tammys - Egyptian shumba

Pozwolę sobie wrócić do niedawnego wpisu Maćka o Brainbombs. Musiałbym mieć dużo złej woli, aby nie zgodzić się z tezą, że w pasji do muzyki podstawą jest czerpanie frajdy ze słuchania i w rezultacie przyjemność. Słuchamy płyt, bo to po prostu uwielbiamy. Natomiast chciałbym stanąć w obronie wymienionych przez Maćka rzeczy ‚pobocznych’ – „analizy kontekstu (…), znaczenia socjologicznego (…), rozbioru kompozycji na czynniki pierwsze”. W dużym uproszczeniu – słuchanie i wypływająca zeń frajda to dla mnie zaledwie pierwszy etap. W większości przypadków chcę poznać wszystkie KTO, JAK i DLACZEGO związane z daną płytą. I bardzo często są to historie nie mniej fascynujące, niż strona muzyczna: geneza tytułu Expensive shit Feli Kuti, technologia Frippertronics, inspiracje Johna Lydona w PiL – można tak długo. Oczywiście sporo jest płyt i piosenek bez historii, których siłą jest wyłącznie treść, nie brakuje też sytuacji odwrotnych – genialnego konceptu, za którym nie stoi nic ciekawego dla słuchacza. Nie chodzi także o to, żeby ‚kontekst’ zamazywał nam ocenę muzyki. Po prostu żaden utwor nie bierze się z próżni, i dla mnie pomijanie dodatkowych aspektów może prowadzić do uproszczeń albo braku zrozumienia danego utworu. Tymczasem jest mnóstwo przypadków, gdy warto spojrzeć na słuchaną płytę od kuchni.

Weźmy historię powstania Egyptian shumba. Jej korzenie sięgają roku 1958, w którym 37-letnia Kalifornijka Twyla Herbert poznała 22 lata młodszego Lou Christie na przesłuchaniach w Pensylwanii. Młody wokalista wpadł w fascynację rudowłosą edukowaną klasycznie pianistką, utrzymującą, że widzi przyszłość i rozmawia z duchami.  Jeśli prawdą jest, że Herbert była w stanie wywróżyć, która z ich wspólnych piosenek odniesie sukces, to musiała być zdolną wróżką. Para napisała większość hitów wylansowanych przez Christiego, choćby The gypsy cried, Two faces have I czy Lightnin’ strikes (numer 1 w Stanach i Kanadzie). John Lennon zachwycał się kreatywnością wokalisty, a krytycy po latach nazywali go jednym z pierwszych singer-songwriterów lat 60. Lightnin’ strikes coverował m.in. niemiecki freak Klaus Nomi. Sam Lou Christie uparcie twierdził, że nie byłoby tych sukcesów bez jego muzycznej partnerki, nazywając ją geniuszem z mnóstwem pomysłów. Specyfiką warsztatu Herbert i Christiego był duży nacisk na partie chórków, dlatego pozycja ta wymagała wyjątkowo silnej obsady. Wśród dziewcząt, jakie przewinęły się przez chórki Christiego, było trio The Tammys.

Siostry Gretchen i Cathy Owens oraz ich przyjaciółka Linda Jones były fankami pierwszej grupy Christiego, Lugee & The Lions. W 1961 roku na koncercie we Franklin dziewczyny stały w pierwszym rzędzie. Po sukcesie Two faces have I Christie, już solo, przyjechał do Oil City na zaproszenie stacji radiowej KDKA. Tam, po koncercie, doszło do spotkania – cała czwórka spędziła wieczór jeżdżąc Cadillakiem i śpiewając razem piosenki Everly Brothers i Christiego. Lou był zachwycony i obiecał odezwać się, gdy tylko będzie potrzebować chórku. W 1963 Tammys na stałe dołączyły do jego zespołu, występując na kolejnych singlach i trasach koncertowych. Po drodze padł pomysł, by trio także nagrywało piosenki, napisane oczywiście przez Herbert i Christiego. Niestety, kariera solowa dziewczyn skończyła się ekspresowo – wydane przez nie trzy single nie dostały się na krajowe listy przebojów. Jedyny moment chwały, jaki przeżyły, to usłyszenie swojej piosenki w szafie grającej w sklepie – z którego z powodu zbyt głośnego okazywania radości zostały zresztą usunięte. The Tammys śpiewały na płytach i koncertach Christiego jeszcze przez rok, ale niedługo potem dały sobie spokój z branżą muzyczną, głównie za sprawą Cathy, która założyła rodzinę. Koniec historii?

Nie, bo po kilku latach do Egyptian shumba dokopali się brytyjscy modsi, którzy na fali popularności Northern Soul w Wlk. Brytanii przeczesywali archiwa girl groups z lat 60. Poszukiwali nagrań, które nie stały się przebojami, choć miały wszystko, żeby nimi być. Piosenka szybko zdobyła sobie status kultowej. Później na dwie dekady zapadła cisza, aż w roku 2002 ukazała się kompilacja wszystkich singli Tammys i wielu piosenek Lou Christiego, w których zaśpiewały, biorąca tytuł właśnie od Shumby. Ostateczny happy end tej historii nastąpił w roku 2005 – czteropłytowa składanka One Kiss Can Lead To Another: Girl Group Sounds, Lost and Found zdobyła nominację do Grammy. Możecie strzelać, która piosenka Tammys jako jedyna weszła na jej tracklistę. Egyptian shumba została też uznana za ‚swoją’ przez słuchaczy alternatywy – od Pitchforka, który umieścił ją w swojej dwusetce piosenek z lat 60., po warszawskich lo-fi-noise DJ-ów, włączających ją w swoje sety.

I tu wracamy do aspektu frajdy, bo oczywiście powyższe trzy akapity byłyby niewarte przypominania, gdyby nie jakość Egyptian shumba. W roku 1963 The Beatles dopiero debiutowali, Bob Dylan wypływał na szersze wody, a poszukiwania muzyczne rozgrywały się głównie na polu jazzu, garage rocka (Louie Louie i Surfin’ bird), prymitywistów folkowych (John Fahey, Sandy Bull) czy poważki. Pop, w tym girl groups, miał dostarczać przede wszystkim przyjemności – i na tym polu odnosił wielkie sukcesy, wszak to wtedy ukazały się klasyczne Be my babyThen he kissed me czy Anyone who had a heart. Ile więc trzeba było odwagi, żeby wypuścić piosenkę tak dziwną i niesforną?

I nie chodzi tylko o ten słynny, pełen zwierzęcych jęków i stęków refren. Egyptian shumba zagrane jest z taką mocą, jakby dzikość Tammys udzieliła się całemu zespołowi, który na czas sesji zamienił się w grupę garage-rockową. Do tego piosenka oparta była na odchodzącej od schematów z Brill Building harmonii, w zamyśle udającej pochodzenie bliskowschodnie, choc trochę też zapatrzonej w Locomotion Little Evy. No i wokale – nie tylko w refrenie dziewczyny robią wrażenie swoim zgraniem, zadziornością i techniką, zwłaszcza w końcówkach linijek ‚Way down in Egypt land/The mummies took our hand’. Nie przepadam za tego typu uproszczeniami, ale podpisuję się pod tezą, że to w Egyptian shumba – i paru innych piosenkach, m.in. Iko Iko Dixie Cups – zostało zasiane w muzyce pop ziarno ‚freak’. Wszyscy, którzy przez dekady udziwniali swoje ładne melodie, z kulminacją w postaci fali cudaków w dekadzie 00s, mają swój dług u Twyli Herbert, Lou Christiego i The Tammys.

Dla fascynatów historii muzyki i popkultury Egyptian shumba to wciągająca historia piosenki, która nie trafiła w swój czas, ale po latach została odkryta i zbudowała wokół siebie kult (warto o karierze Tammys przeczytać więcej tu). Dla zwolenników frajdy – świetny, energetyczny utwór z półki girl group, swoją treścią i formą bardzo ją przekraczający. Na geriatri-karnawał 2013 jak znalazł. Shimmy shimmy shimmy shy-I-miss-a-diss. (KZK)

Reklamy