#22: Fleetwood Mac – Tango in the night (1987)

by carpcrawl

Fleetwood Mac - Tango in the night

Tak mnie dziś naszło, by zagłębić się w temat poruszony na tegorocznej zabawie Sylwestrowej – czy Christine McVie to siostra czy też żona Johna McVie oraz czy Lindsey Buckingham pruł Stevie Nicks, czy nie. Temat alkowy Fleetwood Mac naszedł nas podczas oglądania teledysku Seven Wonders i przez resztę wieczoru pozostał nierozstrzygnięty. Nie zdziwiłbym się jednak, gdybyśmy po kilku kieliszkach doszli do wniosku, że Christine i Stevie to przyrodnie siostry, które oddawały się kolejno wszystkim członkom (LOL) zespołu, w tym swemu ojcu, Mickowi Fleetwoodowi. Wybaczcie te dygresje, ale lektura dzieł E.L. James mnie jakoś tak nastroiła. A więc do rzeczy.

Cały światek tzw. krytyków muzycznych zawsze będzie zachwycał się Rumours czy czasami Petera Greena. I ok., nie są to złe płyty, aczkolwiek brzmieniowo albumy Fleetwood Mac zawsze jawiły mi się jako anachroniczny twór, podczas nagrywania których za konsoletą siedział chyba jakiś 70-letni tetryk nie umiejący wydobyć siarczystości tej muzyki. Poza tym, ich muzyka trąciła czasem takim jarczmarno-westernowym klimatem. Tak to trwało kilkanaście lat – zmiany w składzie, dwie babeczki na wokalu i zdolny jak cholera gitarzysta na niewiele się zdały, bo wciąż, z uporem maniaka, tłukli to samo. No i nadeszły kolorowe lata 80te. Stevie Nicks ze słodkiego hippisiątka stała się wielkim blond tapirem w wiedźmowato-gotyckich ciuchach, McVie zrobiła trwałą ondulację i założyła szpilki, a Buckingham zgolił brodziszcze, i okazało się, że jest nawet przystojnym chłopem. Multiplatynowego sukcesu na miarę Rumours nie było już prawie 10 lat, więc cała piątka postanowiła nieco bardziej dostosować się do czasów – koniec z rednectwem, czas na klawisze!

Zaczyna się dość mocno – pulsujący Big Love co prawda nie zrobił wielkiego sukcesu jako singiel, ale i tak jest tu jednym z mocniejszych fragmentów. Dobry wokal Buckinghama, fajna solówka i chórki obu pań imitujące trochę smyczki. Dalej mój osobisty faworyt – Seven Wonders. Utwór, który mógłby być śmiało zignorowany słuchany np. między półkami z pasztetem podczas zakupów w Tesco ale na dobrych słuchawkach w domu? Wszystkie instrumenty „chodzą” tu idealnie, nie mówiąc już o wokalu Nicks – zadziornym, ostrym, co trochę kontrastowało z jej delikatną wówczas urodą (no właśnie – zadziwiająco to McVie ma delikatniejszy i bardziej kobiecy wokal, co może szokować zważywszy na fakt, że urodą przypomina raczej sępa). To właśnie McVie tak ładnie wyśpiewuje Everywhere, znakomitą balladę-nie balladę (Christine udziela swego głosu jeszcze innej balladzie, Mystified).

Dalej mamy nieco afrykańską Caroline z głosem Lindseya – tego typu brzmienia były wówczas modne, ale nie znaczy, że złe – kawałek może śmiało konkurować z poczynaniami Phila Collinsa z tego samego okresu (zagrany jest zresztą przez Fleetwooda w typowo collinsowski sposób z werblami zamiast talerzy). Numer tytułowy mógłby z kolei nagrać Chris De Burgh, gdyby miał wystarczająco talentu. Czuć w tej muzyce lata 80te, ale to nie jest zarzut – to taki patos bez sztampy i kiczu, który dziś jeszcze się broni (choć za 10 lat – kto wie?). Numer 7 na płycie – Little Lies. Liczba ta okazała się dla Fleetwood Mac szczęśliwa. W świadomości przeciętnego zjadacza chleba to chyba ich najpopularniejszy song, zresztą nic dziwnego – fajny pomysł z wykorzystaniem trzech, kontrastujących ze sobą, wokali, łagodna i przyjemna melodia w canto, która nabiera szybszego tempa w refrenie.

Countrowe ciągoty słyszalne są właściwie tylko w Nicksowych Welcome To The Room…Sara i When I See You Again. A może jestem uprzedzony czy coś, w każdym razie nie jest to nic wybitnego. Zwrotka Isn’t It Midnight troszkę trąci myszką, chociaż z drugiej strony idealnie nadawałaby się do soundracków takich ejtisowych filmów jak Rad czy Top Gun (if you know what I mean). Za to refren ma w sobie coś niebywale sentymentalnego, mimo, iż cały utwór utrzymany jest na tym samym, równym beacie. Niestety, to, co miłe dla ucha kończy się wraz z ostatnim utworem-koszmarkiem, You And I. Melodia a’la Domowe Przedszkole, okrutny klawisz na modłę calypso czy przyspieszonego Kokomo… Why o why??? W ten sposób nie kończy się takich płyt! Powinno być jakieś pierdyknięcie, jakaś kropka nad „i”, bo zgodnie z Hitchcockiem „po trzęsieniu ziemi napięcie powinno stopniowo rosnąć”!! A tu takie coś? Wstyd, wstyd i raz jeszcze wstyd.

Najlepiej odnajdywał się w tym wszystkim chyba Lindsey. Nie dość, że sam wyprodukował ten album, to jeszcze dał mu praktycznie najlepsze fragmenty, które pierwotnie miały być składowymi jego solowej płyty. I tak, Fleetwoodom (nie mam pojęcia jak się odmienia nazwę tego zespołu) wyszła IDEALNA (no, może prawie idealna) płyta pop. Taki podręcznikowy przykład. Malkontenci wywalili by z niej ze dwa, trzy kawałki, ale tak naprawdę jest tu wszystko, co definiuje dobrą muzykę – świetne brzmienie, różnorodność, dobrzy instrumentaliści i, przede wszystkim, znakomite piosenki (w większości). A kto był czyim bratem a kto kochankiem to już w tym przypadku najmniej istotna sprawa – nawet przy dużej wódce. (Mateusz Rękawek)

Reklamy