#23: Chumbawamba – Anarchy (1994)

by carpcrawl

Chumbawamba - Anarchy

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych działy się na świecie dziwne rzeczy. Panował renesans muzyki gitarowej, a co za tym idzie, wszyscy paradowali z długimi kudłami, w glanach i flanelach. A jako, że grandżowcy otwarcie przyznawali się do inspiracji punk rockiem, również i ten gatunek powrócił do łask, zwłaszcza w Polsce, gdzie ilość wyprodukowanych w tamtym czasie kaset kapel pokroju Nauka O Gównie, Defekt Muzgó, Sedes, Beer Googles czy Strzelające Naplety graniczyła z popularnością muzyki chodnikowej. I o ile w naszym wspaniałym kraju punk rock kojarzył się wówczas z tandetną ludycznością, a liczba sprzedanych kaset równała się liczbie wypitych jaboli, to na Zachodzie myślano jednak o trochę ważniejszych sprawach. Sytuacja polityczna na globie za wesoła nie była, a to przecież stanowiło, i stanowi do dzisiaj, najlepszą pożywkę dla punkowców i hardkorowców. Tyle, że…no właśnie – co z tego, że taki Exploited czy inny Doom nagrają płyty o tym, że Sarajewo sro, Irak siamto, a policję należy jebać we wszystkie otwory? Usłyszy o tym garstka zapaleńców, którzy znają te problemy od dawna. Aby dotrzeć z poważnymi i istotnymi treściami do ogółu i motłochu, należy zrobić nic innego jak… nagrać płytę pop.

Jeżeli kiedykolwiek słuchaliście Chumbawamby, a większość na pewno kojarzy ją dzięki Thumbtumping, to wiecie, że ich muzyka nie ma nic wspólnego z młócką i rąbanką. Niemniej słowa, które wyśpiewuje ten zespół, w którym praktycznie każdy członek jest jego wokalistą, tną czasem jak brzytwa i dają sporo do myślenia. Konflikty zbrojne (Timebomb), rasizm, przemoc wobec kobiet (On Being Pushed), faszyzm (Enough Is Enough) czy aktualna sytuacja polityczna Wielkiej Brytanii (Mouthful of Shit) to główne liryczne tematy podejmowane na tej płycie. A muzycznie? Kontrolowany eklektyzm – całośc ułożona jest w taki sposób, by słuchacz miał wrażenie, że przerzuca kanały radiowe i znajduje co chwila inna stację (zabieg znany chociażby z Songs For The Deaf Queens of The Stone Age). Mamy zatem tu i reggae (Give Anarchist A Cigarette, Enough Is Enough), house (Heaven/Hell), coś z połączenia nowej fali z flamenco (Bad Dog), lata sześćdziesiąte (Georgina) i bardzo dużo rapu, który pojawia się praktycznie w każdej piosence. Jest dużo klawiszy, czasem akordeon, przeróżne instrumenty klawiszowe i trąbka, która zdaje się być ważnym elementem tych songów. Całość jest, nie ukrywajmy, rozwinięciem konceptu muzycznego, który Chumba prezentowała już na swojej poprzedniej płycie, Shhh. W przypadku Anarchy jest jednak więcej melodii i ogólnej przystępności.

Owa różnorodność byłaby być w może w niektórych przypadkach zarzutem – kto wie jak wypadłaby płyta po usunięciu wszystkich kilkunastosekundowych przerywników, jednak mimo wszystko album broni się jako przyzwoity pop z rejwowymi i rapowymi naleciałościami. Czyli, krótko mówiąc, za grosz punk rocka tu ni ma. Zastanawiam się jednak, czy taka Homophobia, utwór bazujący na oryginalnej pieśni irlandzkiej (co zresztą Chumba robiła niejednokrotnie nagrywając wyspiarskie rebel songs przy różnych okazjach) nie jest bardziej tnący niż trzy gitary podłączone na full… Smutne jest też to, że refren tej piosenki, “Homophobia – the worst disease / You can’t love who you want to love in times like these”, mimo iż został napisany prawie dwadzieścia lat temu, jest wciąż przerażająco aktualny.

Czy Chumbawambę można nazwać zespołem punkowym? Ich muzyczna twórczość rzadko miała cokolwiek wspólnego z teoretyczną definicją tego słowa, znaną choćby dzięki Pistolsom, ale z drugiej strony, czy punk to tylko muzyka? Czy gdyby np. z ust rozkosznego Gumisia padło Fuck the Police!!, to czy byłby już punkiem? Pewnie tak. Wystarczy przecież popatrzeć na okładkę tej płyty – w zestawieniu z popową muzyką przypomina ona najpyszniejszy tort na świecie oblany masą z gówna. Nie chodzi bowiem o to, by zapuścić irokeza, nałożyć ćwieki i nachlać się do nieprzytomności. Liczy się to, co w głowie. Dla Chumbawamby Anarchy było więc tym, czym dla The Clash Sandinista. I tylko szkoda, że zapamiętani zostaną jako zespół od tej śmiesznej pijackiej piosenki, oraz że kilka lat później całkowicie pogrzebią swoje ideały nagrywając dla EMI i występując pod banderą Coca Coli. No, ale może i w tego typu szaleństwie jest metoda. (Mateusz Rękawek)

Reklamy