#24: France Gall – Baby pop (1966)

by carpcrawl

France Gall - Baby pop
Subiektywny i zrobiony spontanicznie ranking TYCH chwil, które przy pierwszym kontakcie z daną płytą uświadomiły mi, że obcuję z czymś wielkim i wyjątkowym:

1. Pierwsze trzy sekundy Only Shallow My Bloody Valentine (Loveless, 1991)
2. Wejście chóru w Movin’ On Up Primal Scream (Screamadelica, 1991)
3. „You’re such a wonderful person / but you got problems” w Breaking Glass Davida Bowie (Low, 1977)

Wiecie o co chodzi. Chyba każdy doznał czegoś takiego słuchając muzyki, ludzka rzecz. A raz taki moment graniczny przeżyłem już na etapie wkładania płyty do odtwarzacza. A konkretnie w momencie czytania tytułu. I nie piszę tu o jakimś banalnym „wow, ale intrygujące / piękne / cool zestawienie słów”, bo takie rzeczy zdarzały się wielokrotnie. A ten jeden raz sam tytuł wystarczył, bym wyobraził sobie jeden z moich utopijnych wręcz światów muzycznych. Tytuł brzmiał Baby Pop.

Oczywiście ten zachwyt nie miałby miejsca, gdyby nie pewien kontekst. Znana mi już była mniej lub bardziej muzyka ye-ye, a któraś ze składanek France Gall niejednokrotnie zawitała w moim odtwarzaczu. Zapoznanie się z tym tytułem było więc z jednej strony tylko uzupełnieniem mojej znajomości z tym dziewczęciem. Z drugiej strony – było też AŻ obietnicą płyty pod niektórymi przynajmniej względami idealnej. Pochodzącego z lat ’60 francuskiego odpowiednika takich petard, jak współczesne Call Me Maybe, łączącego chwytliwe melodie i bezbłędne kompozycje (pop) z kompletną beztroską i radością, tak przynależnymi dzieciom (baby). 100% ye-ye w ye-ye po prostu. I powiedzmy to sobie od razu, na wypadek gdyby nie było to jeszcze jasne – obietnica została spełniona.

Już utwór tytułowy nie pozostawiał co do tego wątpliwości – śmiały, oparty na marszowym rytmie, z wesołymi przygrywkami instrumentów dętych i zuchwale śpiewającą Isabelle (bo tak brzmi prawdziwe imię wykonawczyni). Małe kompozycyjne arcydzieło na każdą okazję, pierwsze świadectwo wielkości tego albumu. Trudno byłoby to przebić, więc… France wcale nie próbuje tego robić. Kolejne indeksy Baby Pop są nieco bardziej wycofane, nieśmiałe, żaden utwór nie próbuje konkurować rozmachem z tytułowym i czaruje na swój własny, unikalny sposób, jednocześnie ze wszystkich sił epatując dziewczęcością. Każda kompozycja jest tu na swój sposób perełką i tylko od preferencji słuchacza zależy, który z nich zostanie osobistym faworytem (mój to C’est Pas Facile d’Être une Fille – piątka, France!). Motywy i brzmienia (bardzo różnorodne, wbrew temu, co możnaby sądzić o muzyce z tamtych lat) przeplatają się ze sobą i wzajemnie uzupełniają, a cały czas słuchacz odnosi wrażenie, że jest to muzyka nam znajoma i na swój sposób bardzo „bezpieczna”. Chociaż, jak się okazuje, nie do końca…

Mianowicie dochodzimy tutaj do kolejnego wątku, który nieco dodaje pikanterii tej z pozoru niewinnej płycie, jednocześnie odświeżając ją i stawiając w delikatnie innym świetle. Baby Pop, mimo całej swojej dziewczęcości (czy nawet dziecięcości), jest przesiąknięte erotyzmem. Nie zawsze oczywistym, ale jednak. France wdzięczy się w swoich piosenkach jak może, puszcza oczka i posyła w stronę słuchacza delikatne uśmieszki. I to wszystko dzieje się na płaszczyźnie czysto dźwiękowej – moja szczątkowa znajomość francuskiego nie pozwala mi zrozumieć więcej niż pojedynczych słów, a kopiowanie tekstów do Google Translate nie dość, że jest okrutnym spłyceniem, to jeszcze daje dość pokraczne efekty. Tu działają instynkty i odczytywanie znaczenia słów z ich brzmienia i sposobu ich wymawiania (podobno to właśnie tembr jest podstawowym nośnikiem reakcji estetycznych, na które wręcz podświadomie reaguje człowiek). Tak więc jest bardzo przyjemnie. Ale całe to pleasure staje się nieco guilty, kiedy uświadomimy sobie, że Baby Pop wokalistka nagrała mając ledwie 18 lat. Dorzućcie sobie do tego postać Gainsbourga, który pisał nieświadomej niczego Isabelle takie piosenki, jak chociażby wydany w tym samym roku co Baby Pop singiel Les Sucettes, opowiadający dwuznacznie o dziewczynie, która lubi lizaki. Chyba nie muszę pisać więcej. Może tylko wskażę bliskość muzyki France Gall z piosenkami dla dzieci (sama bohaterka brzmi czasem jak kilkuletnia dziewczynka) i rzucę nieśmiało bardzo mocnym słowem – pedofilia. Gdybym czytał więcej książek, zapewne wymieniłbym tu jeszcze Lolitę Nabokova, ale nie bądźmy już tacy.

Bowiem skupianie się na tym wątku mogłoby zdominować tę płytę, a tego byśmy nie chcieli. Baby Pop to przede wszystkim przecudny album, którego kolejne przesłuchania sprawiają niesamowitą przyjemność na wielu płaszczyznach. Z jednej strony – zachwyca pod względem kompozytorsko-wykonawczo-brzmieniowym. Z drugiej – intryguje i prowokuje poprzez poruszanie tabu i bycie swojego rodzaju zakazanym owocem. I, co wcale nie jest mniej ważne, stanowi chyba najlepsze i najbardziej kompleksowe ujęcie fenomenu ye-ye w formę albumu. I jeśli opisując współczesną muzykę użyjecie gdzieś słów „dziewczęcość”, „zwiewność” czy „zmysłowość”, to zapewne mówicie o czymś, co w jakiś sposób do Baby Pop nawiązuje. Nieważne, czy świadomie i bezpośrednio. (Maciek Sławski)

Reklamy