#25: The Chameleons – Second skin (1983)

by carpcrawl

The Chameleons - Second skin

Będzie o piosence, a nie o całej płycie, aczkolwiek w obu przypadkach nie zabrakłoby z mojej strony ochów i achów. Na początek odrobinka historii dla tych, którzy hasło „chameleons” kojarzą z Karma Chameleon Culture Club lub z innym okropieństwem, choć mam nadzieję, że takich osób jest tyle, co nic.

The Chameleons to brytyjski (a jakże!) band, który w latach osiemdziesiątych popełnił trzy rewelacyjne płyty. Przynajmniej jedna z nich (a konkretnie ta, z której pochodzi omawiany kawałek) uznawana jest za dzieło wybitne. Trudno do końca nazwać to post-punkiem, trudno też new wave’m, o jakimś proto-indie nie wspominając. Była to co prawda muzyka smutna, ale bardziej melancholijna i sentymentalna, niż depresyjna. Być może z tego też powodu Chameleons nie odnieśli tak wielkiego sukcesu, jak np. Joy Division, choć z dzisiejszej perspektywy w dokonaniach takich ansambli jak Interpol czy White Lies znacznie więcej słychać właśnie Kameleonów, niż ich manchesterskich kolegów. Niemniej zespół raczej już do końca będzie trzymał wieniec kultowości, niż koronę mainstreamu, co tylko przybliża jego pokrewieństwo z innymi, znakomitymi skądinąd, grupami z tamtych czasów, takimi jak Teardrop Explodes czy The Sound.

Może też zabrakło trochę szczęścia? W Stanach zespół musiał, z racji praw autorskich, używać nazwy Chameleons UK. Nie pomogło też lekkie skomercjalizowanie brzmienia na kolejnych płytach, które zresztą nie osiągały żadnych większych sukcesów, bo trudno nimi nazwać miejsca 60 i 44 na listach (mowa tu o What Does Antyhing Means Basically z 1985 i Strange Times z 1986 roku). Kapelę pogrążyła dodatkowo śmierć managera, i w 1987 roku doszło do rozpadu klasycznego składu. Lider formacji, Mark Burgess, wraz z perkusistą Johnem Leverem nagrał płytę pod szyldem Sun And The Moon (swoją drogą, jeśli ktoś nie słyszał, to warto – rzecz dość mocno przypomina debiut Chameleons), pozostali grali jako The Reegs. Nikomu nie udało się powtórzyć sukcesów macierzy, przyszedł więc czas na reaktywację, która, od połowy lat dziewięćdziesiątych, następowała co kilka miesięcy i za każdym razem w innym składzie (często też pod innymi nazwami, np. The Chameleons VOX czy Mark Burgesses Chameleons). Naturalnie wszystkie te epigony łączyła postać lidera, notabene bardzo sympatycznego i zdolnego gościa. Niestety, kolejne płyty okazywały się koszmarkami, a do tego, ku rozpaczy fanów, Burgess porzucił na koncertach granie na basie na rzecz gitary akustycznej lub samego mikrofonu. Do dziś wielu nie potrafi zrozumieć, po jaką cholerę postanowił on poprzerabiać wszystkie klasyczne kawałki na wersje akustyczne – mdłe, bez dawnego poweru i polotu. Może to oznaka starzenia. Na szczęście, po kilkunastu latach masakrowania swojego własnego dorobku, w 2011 roku Chameleons wrócili w (prawie) oryginalnym składzie, i grają niemal tak samo, jak 30 lat temu (dawać ich na OFFa!!!).

Tyle historii, zajmijmy się Second Skin. Jest to numer, który paradoksalnie zdobył największą popularność w dorobku Chameleons, i który po dziś dzień jest najlepiej przyjmowany na koncertach. Paradoksalnie dlatego, że nie był nawet singlem (a ze Script of The Bridge ukazało się ich aż 4), podobnie jak drugi co do popularności kawałek, Monkeyland. Czyli niezbadane są wyroki fanów. Second Skin początkowo nosił tytuł Dreams In Celluloid, potem Films, a tekst dotyczył nieśmiertelności gwiazd starego kina. Po lekturze książki o problematyce śmierci klinicznej, Burgess zmienił tekst na ten, który znamy dzisiaj. Utwór w wersji studyjnej trwa ponad 6 minut, na koncertach potrafią go rozciągnąć do dziesięciu.

Zaczyna się delikatnym motywem klawisza, który powróci jeszcze w sekwencji przed-refrenowej (tym razem za sprawą gitary) lub refrenowej jak kto woli, bowiem klasycznego chorusu w tym kawałku po prostu nie ma. Zaraz po tym wjeżdża dudniący bas i motoryczne bębny, które praktycznie przez cały czas będą nabijać ten sam, toporny motyw. Dostajemy na dzień dobry dwie zwrotki, w których głos Burgessa przepuszczony jest przez mocny pogłos, co daje jeszcze większy nostalgiczny czy senny i monotonny efekt. Refren-nie-refren pojawia się dopiero po 3 minucie i jest zagrany niemal na tym samym ekspresyjnym poziomie, co początek utworu. Dopiero w okolicach 4:30 wchodzi właściwa jazda poprzedzona szybkim przejściem bębnów. Robi się nieco szybciej, ale nie zmienia to faktu, że nadal jest bardzo motorycznie i… no właśnie, jak?

Cały numer nagrany jest w ten sposób, że płynie swobodnie praktycznie bez żadnych wzlotów i upadków. Gdybyśmy słuchali tego podczas robienia czegokolwiek, prawdopodobnie moment przejścia pierwszej części w drugą pozostałby niezauważony, a cała piosenka przeleciałaby jak z bicza strzelił. Dopiero na słuchawkach, na spokojnie, skupiając się słychać, jak rewelacyjnym songiem jest Second Skin. Niezwykle wrażliwym, spokojnym, ale jednocześnie gwałtownym i smutnym. Wrażenie robi zwłaszcza motyw, gdy Burgess intonuje „I realise a miracle is due / I dedicate this melody to you / But is this the stuff dreams are made of? / No wonder I feel like I’m floating on air”. No właśnie – te 6 minut z hakiem gdzieśtam się nad nami unoszą, płyną sobie spokojnie swoim torem, ale jednocześnie wywołują w słuchaczu specyficzny rodzaj sentymentu i tęsknoty. Mogłyby tu nasunąć się skojarzenia z niektórymi dziełami wspomnianego Joy Division czy The Cure z okresu Faith. Jednak w odróżnieniu od nich, melancholijność Chameleons nie jest depresyjna, tylko wzruszająca, co jeszcze bardziej przybliża do nich dokonania Interpol.

Sam tekst tyczy się wspomnianych doświadczeń „poza własnym ciałem”, ale chyba nie chodziło tu Burgessowi jedynie o fizyczne zjawiska związane ze śmiercią kliniczną, ale i o wznoszenie się ponad to, co ziemskie i namacalne. „My whole life flashed before my eyes / I thought what they say is true / I shed my skin and my disguise / And cold, numb and naked / I emerged from my cocoon” brzmi jak wyznanie człowieka, który całe życie tłumił swoje prawdziwe “ja”, i za pomocą jakiegoś gwałtownego zdarzenia dojrzał i postanowił pokazać swe prawdziwe oblicze. Miał odwagę stanąć przed samym sobą i zdać sobie wreszcie sprawę z tego, kim naprawdę jest. Ostatni wers – „It’s like you fail to make the connection – You know how vital it is / Or when something slips through your fingers – You know how precious it is / Well you reach the point where you know – It’s only your second skin” – jest może nieco moralizatorski, ale czy aby nie każdy nosi na sobie taką tytułową drugą skórę?

Reasumując, okazuje się, że piękna muzyka to nie tylko wzniosłe pasaże i progresje akordów, zawodzenie wokalistów i śpiewanie o miłości. Tak ascetyczne zestawienie jak bas, bębny i dwie gitary też mogą nieść za sobą spory ładunek emocjonalny. Jeśli więc poszukujecie w muzyce tego specyficznego feelingu, czym prędzej zapoznajcie się ze Script of The Bridge, bowiem nie tylko Second Skin niesie ze sobą takie doznania. Co prawda płyta ta od lat nie jest dostępna w oficjalnej polskiej dystrybucji (LOL) ale w epoce Deezerów i innych Spotifajów nie powinno być z tym problemu.

Na koniec kilka słów o klipach zamieszczonych poniżej. Pierwszy pochodzi z koncertu w Camden Palace w Londynie z 8 sierpnia 1985 roku. Genialne wykonanie, w którym centralną postacią jest oczywiście Burgess zdający się mówić „pocę się jak świnia, ale to jest rock’n roll, dzieciaki!”, ale na wyróżnienia zasługuje cały zespół. Nie mówiąc już o epickości gościa z publiki, który w pewnym momencie tak rozśmieszył Marka, że ten aż musiał przestać patrzeć w jego stronę, by dokończyć zwrotkę, i o ostatniej scenie dzielenia się soczkiem z fanówą. To się nazywa spoufalanie!
Drugi klip to ubiegłoroczna Primavera. Bardzo dobry wykon z finałem wśród publiczności, aczkolwiek nie wiem kto ulokował ten zespół o godzinie, w której słońce daje czadu bardziej niż syberyjska zima. No, ale w sumie był to Ray Ban Stage. A swoją drogą, Mark mógłby dzisiaj spokojnie robić za sobowtóra Jaza Colemana z Killing Joke, z którym podobno kontakt ostatnio jest nieco utrudniony. (Mateusz Rękawek)

Reklamy