#26: Les Rallizes Dénudés – Night of The Assassins

by carpcrawl

Les Rallizes Denudes - Heavier than a death in the family

Jest rok 2013, i chyba wszyscy mamy świadomość, jak bardzo śmieszne i wyświechtane jest już określenie „drop”, które przez eksplozję brostepu jeszcze nie tak dawno temu z impetem wdarło się do słownika właściwie każdej osoby, której zdarzało się rozmawiać o muzyce. Wszelcy epigoni Skrillexa sprawili, że przysłowiowy „bejs” (jak i cały gatunek, nie bójmy się tego powiedzieć) stał się właściwie autoparodią, a w utrzymaniu powagi wcale nie pomagają wszelkie żarty z Internetu rodem, żeby tylko wspomnieć o najsłynniejszym z nich – „Skrillex-udostępnił-»Flim«-Aphexa-na-swoim-wallu-gate”. Szkoda, że w tym wszystkim trochę gubi się to, o czym Miłosz Cirocki wspomniał w swoim tekście o jednym z ostatnich singli The Knife – drop nie jest absolutnie niczym nowym i wcale nie potrzebowaliśmy „wubów” i „wobów”, żeby go doświadczyć. Już prastara konstrukcja „zwrotka / refren / zwrotka / refren / mostek / refren” operowała czymś bardzo podobnym, jeśli nie identycznym – budowaniem napięcia tylko po to, żeby w kluczowym momencie poprzez głośniejszy fragment, wejście nowej melodii czy coś równie zaskakującego wymusić na słuchaczu jakąś reakcję i utrzymać jego uwagę na utworze. Dropem w muzyce był zarówno refren u Beatlesów, solo saksofonu u Coltrane’a, czy poruszające linijki któregoś z utworów Low. Właściwie jest nim cokolwiek, co jest w stanie nas głębiej poruszyć w czasie słuchania, nieważne na jakiej płaszczyźnie. Przy czym sam drop nie byłby nic wart, gdyby nie napięcie towarzyszące oczekiwaniu nań. Może to oczywiste, ale nie ma „głośniej” bez „ciszej”. Chyba, że mówimy o tej dość szerokiej grupie wykonawców, u której „głośno” jest jednym z motywów przewodnich utworów.

Drop nie musi bowiem trwać krótko. Jeśli za sprawą jakichkolwiek czynników, takich jak brzmienie lub głośność, jest w stanie oddziaływać na słuchacza długo, to może się ciągnąć właściwie w nieskończoność. Doskonałym przykładem są chociażby koncerty reaktywowanego Swans, którzy po dostojnym intrze w postaci pięknego To Be Kind łapią słuchacza za gardło i nie puszczają przez kolejne 3 godziny, tylko po to, by wypluć go na koniec kompletnie zdezorientowanego, ogłuszonego i nieco przerażonego. W takiej sytuacji nie myślę o muzyce jako o serii następujących po sobie momentów granicznych, tylko jak o jednym, potężnym dropie, który dzięki wzrastającej intensywności czy lekkiej zmienności potrafi trwać niesamowicie długo. Podobnie sytuacja ma się z innymi dźwiękowymi monolitami, takimi jak Loveless czy Vivian & Ondine (które swoją drogą jest dość skrajnym przypadkiem, jeśli o to chodzi). Ale okazuje się, że pełna powaga i dostojność nie jest wymagana do osiągnięcia czegoś takiego. Doskonałym przykładem jest kompozycja Night of The Assassins (albo „夜、暗殺者の夜”) japońskiego zespołu Les Rallizes Dénudés. Zespołu, który funkcjonując gdzieś na granicy piosenkowego w gruncie rzeczy gatunku, jakim jest noise-pop, oferuje przy okazji ciągłą intensywność przynależną gatunkom, w których kwestie czysto kompozycyjne schodzą na dalszy plan. I idealnie trafia w to miejsce na muzycznej mapie, gdzie spotykają się hity na miarę Upside Down The Jesus and Mary Chain oraz dźwiękowe walce o ciężarze Feedbacker Boris.

Co ważne i również stanowi o wyjątkowości Night of The Assasins, powstał on ponad dekadę przed ukazaniem się dziejowego Psychocandy. I pomimo, że zespół braci Reid i Les Rallizes Dénudés nie powinni raczej być zbyt prostolinijnie porównywani, to można chyba powiedzieć, że gra Japończyków jest intensywniejsza i bardziej ekstremalna. A już na pewno nie mam wątpliwości, że jest bardziej taneczna i wesoła. Wesoły jazgot – to już samo w sobie jest wystarczająco niecodzienne i wyjątkowe. Wszystko to za sprawą utylizowania linii basu z I Will Follow Him Little Peggy March – być może jednego z najlepszych hooków, jakie zna muzyka. Ten riff prawdopodobnie nie znudziłby się nawet grany w kółko godzinami, co delikatnie sugerują sami wykonawcy, ciągnąc oparty na jednej melodii utwór przez 12 minut, i ani przez chwilę nie narażając słuchacza na chwilę nudy. Na pewno swój udział w tym mają też partie wokalne oraz, przede wszystkim, kolejne fale atonalnej, jazgotliwej gitary, która bezlitośnie przypuszcza kolejne ataki przeciągając „drop” tak długo, jak tylko się da. A gdy na chwilę milknie, jej rolę przejmują pozostałe instrumenty, pędzące coraz szybciej ku końcowi kompozycji. Wisienką na szczycie tortu są okolice 9-10 minuty, kiedy to sprzężenia są tak radykalne, że aż spowodowały przeciążenie sprzętu i w efekcie małe defekty w nagraniu. Noise’owa poezja po prostu, słuchać głośno albo wcale.

I tak istnieje sobie ta kompozycja, gdzieś na przecięciu noise popu, muzyki z lat ’60 i nieprzerwanego momentu granicznego. Les Rallizes Dénudés, kompletnie nieznany zespół nie tylko u nas czy na Zachodzie, ale także w rodzimej Japonii, stworzyli coś, czego zapewne wcześniej nie było, i przez jakiś czas miało pozostać nieodkryte przez główny nurt muzyczny. Pozostałe kompozycje zespołu może nie są jakoś radykalnie odmienne, ale tylko Night of The Assassins potrafi tak przykuć uwagę, wymęczyć i jednocześnie dać tyle radości. Bo jest jej w tym nagraniu co niemiara. Stephen O’Malley z Sunn O))) spytany, co czuje kiedy gra swoje drony, oznajmił krótko „przyjemność”. I czasem ta przyjemność jest na tyle intensywna, że udziela się także słuchaczowi, który zamiast, jak to mamy w zwyczaju, czekać na kolejne „dropy”, po prostu zatapia się w brzmieniu i czerpie z muzyki radość jednostajnie i spokojnie. Nie żeby było to w jakiś sposób lepsze od piosenek czy skupianiu się na nutach zamiast na ich brzmieniu – ale niewątpliwie też jest potrzebne do pełnego obcowania z dźwiękami. (Maciek Sławski)

Reklamy