#27: Cromagnon – Orgasm (1969)

by carpcrawl

Cromagnon - Orgasm

Cro-Magnon to przede wszystkim określenie jednego z wczesnych podgatunków człowieka, występującego w Europie, naukowo tytułowanego Homo sapiens fossilis. Bez wnikania w paleontologię – Cro-Magnon jest opisywany jako osobnik silny i dość potężny, niewykluczone, że uzdolniony artystycznie. Niektórzy badacze łączą go z malowidłami z Lascaux czy figurkami „paleolitycznej Wenus”, być może też rzeźbił sobie ozdoby i „biżuterię” z zębów i kości. Poza działalnością twórczą, Cro-Magnon oczywiście był przede wszystkim myśliwym, pół-koczownikiem, który oprócz mięsa pozwalał sobie czasem na strawę roślinną. Kto wie – być może (to teza laika) to jedno z pierwszych wcieleń sprzecznego połączenia dzikości i wrażliwości, albo przynajmniej skłonności twórczych. Praojciec artyzmu inspirowanego pierwotnością i naturą.

Co idealnie tłumaczyłoby wybór nazwy Cromagnon przez dwójkę tajemniczych multiinstrumentalistów – Austina Grasmere i Briana Elliota. Końcówka lat 60. to okres niebywałej płodności i rozwoju muzyki, któremu ton nadawały psychodelia, eksperymenty i poszukiwania. Niewiele było w historii okresów, kiedy działało tak wiele zespołów dziwnych i dzikich, kiedy z równie dużą odwagą co jakis czas ktoś wywracał zastane reguły gry, i kiedy pieniądze na to wykladały duże wytwórnie. Oczywiście, nie brakowało prób nieudanych, tonących we własnym przeintelektualizowaniu, i zespołów starających sie _za bardzo_. Tym niemniej wymowne jest to, że w „Historii muzyki rockowej” Piero Scaruffiego rozdział poświęcony psychodelii jest wyjątkowo długi, i przy co drugim zespole można uzyć słowa ‚wizjonerski’. Grasmere i Elliot też zasługują na to miano, ale dodatkowo udało im się stworzyć rzecz, dla której bardzo trudno znaleźć współczesny jej odpowiednik. Gdy słucham ich jedynej plyty, Orgasm, do głowy przychodzą mi głównie skojarzenia z no wave’m, industrialem, freak folkiem. Zjawiskami, które powstały długo po premierze jedynego dzieła Cromagnon.

Co nie znaczy, że Orgasm nie ma absolutnie żadnego punktu odniesienia wśród ‚rówieśników’. Cromagnon to miejsce, w którym spotykają się The Velvet Underground (tylko bardziej plemienne), The United States Of America (tylko mroczniejsze) i Captain Beefheart (tylko jeszcze dziwniejszy i dzikszy). Jeśli poszukać głębiej, przypominają się nazwy The Fugs The Godz. Paradoksalnie, jedna z dziwniejszych płyt lat 60. powstała ponoć (dyskusyjna teoria) dlatego, że Grasmere i Elliot potrzebowali odskoczni od swojej codziennej pracy – pisania piosenek bubblegum popowych. Swój pomysł przedstawili szefowi wytwórni ESP-Disk (wydającej m.in. Sun Ra, Ornette Colemana i wspomnianych Fugs), Bernardowi Stollmanowi, a gdy ten zagadnął ich o temat płyty, odpowiedzieli: „wszystko jest jednością”. To wystarczyło Stollmanowi, by dać zielone światło i rzucić „To do roboty”. Tu zaczyna się totalna dezinformacja – podobno do pomocy przy płycie został zaproszony hipisowski kolektyw Connecticut Tribe. Podobno w jego składzie znaleźli się przyszli założyciele The Residents Negativland. Podobno nie byli żadnymi hipisami, tylko muzykami grupy The Boss Blues, grającej 60sowego pop-rocka, ktorej gitarzystą był Grasmere, a producentem Elliot. Podobno na Orgasm słychać przyjaciół zespołu, nieznanych gości, a nawet przypadkowych przechodniów z okolic studia, w którym powstawała płyta. Wątpliwości ma rozwiewać wywiad z trzema członkami The Boss Blues z 2002 roku. Nie umiem ocenić, na ile to faktycznie robi. 

Z The Residents czy nie, Cromagnon nagrali jedną z najmroczniejszych i najdzikszych płyt swoich czasów. Orgasm startuje przy dźwiękach transmisji radiowej, by później przejść w grany na dudach riff, marszowe bębny i nawiedzony ryk, którego nie powstydziłby się Michael Gira. Wszystko to w być może największym ‚przeboju’ zespołu, Caledonia, który załapał się na Pitchforkową listę 200 piosenek lat 60Ritual feast of the libido jest wyjetą z filmu Walka o ogień, radykalniejszą wersją jęczenia z My game of loving White Noise (wydanego w tym samym roku). Fantasy myli swoim intrem – melodyjnymi wokalnymi harmoniami w duchu Briana Wilsona – a następnie odpływa w rozkoszny i freeformowy kolaż, podobnie jak Revolution 9 Beatlesów kłaniający się pionierom musique concrete. Crow of the black tree jest najbardziej piosenkowe na płycie, łącząc dwa akordy na gitarze akustycznej niemal wyjęte z Sung tongs Animal Collective (choć oczywiście to Sung tongs jest wyjęte stąd) z jaskiniowym, pokrzykującym chórem i regularnie obijanymi talerzami. Coś podobnego chyba chcieli zrobić Liars na Drum’s not dead, ale przy oryginale w pełni słychać, jak bardzo im to nie wyszło. Reszta albumu to dwie miniaturki i dwa długie słuchowiska, które może nie są zajmujące przez cały czas trwania, ale mają momenty (zwłaszcza Toth, Scribe I z odgłosami wybuchów i powrotem riffu z Caledonii w tle). W roli finału – coś w rodzaju modlitwy na tle przesterowanej gitary.

Nawet jeśli nie wszystkie pomysły na Orgasm są dobre, niektóre freak-out-jamy ciagną się za długo, albo są wręcz niepotrzebne, to w wielu miejscach ten album przepowiada mnóstwo brzmień i prądów z lat późniejszych. Cromagnon znalazł się na słynnej „liście Nurse With Wound, hołdzie dla artystów i zespołów, które były inspiracją dla grupy Stephena Stapletona. Japoński Ghost w 2008 roku nagrał swoją wersję Caledonii. Nawet jeśli Animal Collective nie mówią o tym głośno, to ich kariera być może nie istniałaby bez dozgonnego długu zaciągniętego u Grasmere’a i Elliota. A mógłbym tu dopisać jeszcze wielu krautrockowców, post-rockowców, no wave’owców, neofolkowców… Orgasm to dzieło odrzucające struktury i melodie, nie zważające na czystość produkcji, balansujące na granicy niesłuchalności. To, jak banalnie (i sucho w kontekście nazwy zespołu) by to nie zabrzmiało, brakujące ogniwo w rozwoju wszystkich ‚dziwnych’ gatunków muzycznych. Dziecko wyjątkowych czasów, świeże i nowatorskie wtedy i dziś. (Krzysztof Kijek)

PS. Jeśli szukając informacji o Cromagnon traficie na płytę Cave Rock, to jest to reedycja Orgasm, z drobnymi różnicami w długościach utworów (m.in. nieco skrócone Crow of the black tree Toth, Scribe I).

Reklamy