#28: Les Paul & Mary Ford „How high the moon” (1951)

by carpcrawl

Les Paul & Mary Ford - How high the moon

Pierwsze skojarzenia po usłyszeniu nazwiska Les Paul są niemal automatyczne. Pionierski konstruktor gitar elektrycznych, innowator i jeden z pierwszych stosujących wiele technik nagraniowych, które dziś przyjmujemy za pewnik, ‚Thomas Edison przemysłu muzycznego’ – wszystko się zgadza. Być może nie byłoby rock’n’rolla, jakiego znamy, gdyby nie gitara Gibson Les Paul. Na pewno bez eksperymentów Paula z overdubbingiem, delayami, phasingiem i nagrywaniem wielościeżkowym prędzej czy później i tak mielibyśmy te wszystkie rzeczy w muzyce, ale jego rola w ich ‚wypromowaniu’ jest nie do przecenienia. Już samo to wystarczyłoby, żeby uzasadnić przyjęcie go do Rock’n’roll Hall Of Fame, do której trafił w 1988 roku (w którym przyjęto też m.in. The Beatles, The Beach Boys, Boba Dylana, Woody Guthriego i Lead Belly’ego). Ale oczywiście to nie koniec, bo Les Paul był też zapatrzonym w Django Reinhardta znakomitym gitarzystą (Jeff Beck przyznawał, że swoje ‚licki’ w większości ukradł Paulowi) i wziętym muzykiem sesyjnym, grającym m.in. z Bingiem Crosby, Nat ‚King’ Cole’m i Andrews Sisters. Największe sukcesy komercyjne odniósł jednak wtedy, gdy występował w duecie ze swoją ówczesną żoną, wokalistką Mary Ford.

Les Paul poznał Colleen Summers, bo tak naprawdę nazywa się Ford, w 1945 roku. Był wtedy mężem Virginii Webb, z którą miał dwójkę dzieci. Trzy lata później duet rozpoczął współpracę, która musiała iść wyjątkowo dobrze – w 1949 roku Paul był już po rozwodzie z Webb i ślubie z Ford. Podział ról był prosty – Les Paul grał na gitarze i produkował, Mary Ford śpiewała. Ale to nie był zwykły duet, głównie dlatego, że Paul miał wtedy w swoim studio nowoczesną jak na tamten czas zabawkę – magnetofon szpulowy (jeden z pierwszych modeli Ampex 200A, który dostał od Binga Crosby’ego). Wczesnym efektem pracy Lesa ze szpulowcem była instrumentalna wersja napisanej przez Richarda Rodgersa piosenki Lover (When you’re near me). Les zagrał w niej z samym sobą, nagrywając i składając w prosty sposób osiem partii na gitarę. Proces rejestracji wyglądał tak, ze Paul nagrywał pierwszą ścieżkę na acetat (dysk używany przed czasami taśmy magnetycznej do nagrań, dziś wykorzystywany głównie do dubplates – płyt testowych), po czym odpalał nagrywanie na tym samym dysku, i grał kolejną partię. Łatwo nie było, bo sprzęt nie pozwalał gitarzyście na robienie dogrywek kiedy i gdzie chce – każda nieudana próba oznaczała, że dysk trzeba wyrzucić, a nagrywanie zacząć od początku. Ponoć efekt końcowy w Lover Les Paul osiągnął dopiero za pięćsetnym razem. Tę samą technikę aplikował do późniejszych piosenek z Ford, w tym chyba najpopularniejszej – How high the moon.

Les Paul nie był jej autorem. How high the moon to jazzowy standard, napisany przez Nancy Hamilton i Morgana Lewisa. Piosenka zaliczyła debiut sceniczny w rewii Two for the show na Broadwayu w 1940 roku, wtedy też po raz pierwszy stała się przebojem, gdy nagrał ją Benny Goodman. Do swojego stałego repertuaru piosenkę włączyła Ella Fitzgerald. W świecie jazzu grali ją chyba wszyscy wielcy tamtego czasu – Louis ArmstrongChet Baker, Dave Brubeck, Duke Ellington, Dizzy Gillespie i niezliczeni inni. A nawet więcej – Charlie Parker John Coltrane napisali utwory oparte na przebiegu akordowym How high the moon, z czego jeden – Ornithology – to klasyk na własnych prawach. Les Paul sięgnął po nią pierwszy raz ze swoim triem w 1945 roku (uwaga: ta wersja została wydana przez…amerykański Departament Wojny), ale największym hitem stała się nagrana 6 lat później wersja z Ford. Na liście Billboardu spędziła 25 tygodni, z czego 9 na szczycie. Duet na tym nie skończył, i miał potem jeszcze wiele przebojów, m.in. Bye bye blues czy Vaya con dios (31 tygodni na liście, 9 na #1!). Wszystkie były z grubsza oparte na podobnym patencie – nałożonych na siebie wielu warstwach gitary Paula i wokali Ford. Dwie osoby nagrywały piosenki brzmiące, jakby wykonywało je osób osiem, na ponad dekadę przed urodzeniem się Kevina Shieldsa.

W wideo, które linkuję Wam poniżej, Les Paul zapytany przez prowadzącego program o największą liczbę ścieżek, jaką wcisnął do piosenki, odpowiada, że 24 – 12 partii gitar, 12 wokalnych. Po czym ot tak grają sobie na tym tle kolejne dwie. A najważniejsze, że przy tym całym technicznym przepychu How high the moon pozostaje cudnej urody piosenką, w dodatku po latach ciągle przebojową i melodyjną. Recepcja muzyki od lat 50. zmieniła się dramatycznie, i trudno uwierzyć czasem, jakie rzeczy robiły kiedyś za pop. Tu mamy do czynienia z utworem lekkim, zwiewnym i pozornie łatwym do zanucenia, w którego szczegóły można się wgryzać godzinami. Nie mam oczywiście pytań do tego, co wyrabia Les Paul na gitarze, ale duże brawa należą się też skowronkowi Ford, dodającej swoim dziewczęcym wokalem kolejnych warstw frajdy. W historii muzyki pop to jeden z pierwszych przykładów piosenki łączącej popularność z progresem. A na koniec anegdotka – jeśli Paul McCartney nie ściemnia, to zgadnijcie, jaki był pierwszy numer, który razem zagrali jeszcze we wczesnym składzie The Beatles. (Krzysztof Kijek)

Reklamy