#29: Bobb Trimble – Harvest of dreams (1982)

by carpcrawl

Bobb Trimble - Harvest of dreams

Bobb Trimble znany jest głównie z tego, że do niedawna był mało znany, a za muzyków robiły mu dzieci. Dosłownie – wiek członków jego backing bandu z rzadka przekraczał 15 lat, z punktem startowym w 12. Ale to w sumie nie jest najdziwniejsze, bo dzieciaki spisują się wzorowo. Znacznie bardziej zastanawiająca jest okładka debiutu, gdzie na wyglądającym jak z sesji na dużej przerwie w szkole robionej przez PROFESJONALNEGO FOTOGRAFA zdjęciu siedzi nasz zagarniturzony bohater, dzierżąc w jednej dłoni wierną mu gitarę, w drugiej karabin. I ten tytuł – Iron Curtain Innocence. Brzmi jak punk rock, co? No więc, jest najdalej od punka, jak tylko outsiderstwo może być.

Trimble to muzyczny spadkobierca Zombies, Magical Mystery Tour i Syda Barretta. Podobnie lokuje się Nick Nicely ze swoim psychpopem, ale powiedzmy, że jeśli Brytyjczyk stawiał na studyjną mordęgę i perfekcjonizm, młodzian z Massachusetts ma vibe „na żywo, ale w studio”. Co nadaje jego przeciągłym, niezwykle melodyjnym i przesyconym phaserem utworom niezobowiązującego luzu. W efekcie powstały piosenki, które złamałyby chyba każde serce, płeć bez znaczenia.

No więc Bobb pisze smutne, baśniowe utwory, i wyśpiewuje je chłopięco rześkim, wysokim głosem. Naprawdę dobra jakość nagrań, pomysłowe aranżacje i nasycenie efektami sprawia, że zawartość Harvest of dreams, drugiej płyty Trimble’a, umiejętnie łączy ścianę dźwięku z folkiem, momentami padając niedaleko od najbardziej hipisowskich wyskoków The Smashing Pumpkins. Ale i same piosenki  są niemalże perfekcyjne. Weźmy przeskok z rozdzierającego mollu w optymistyczny dur na końcu refrenu Take Me Home, Vienna. Albo kwaśno-apokaliptyczny nastrój Selling me short (refren to klasyczny walczyk, w 60s byłby hit). A może wolicie zagrane dwa razy w niemalże identycznych wersjach, bardzo nośne Premonitions? Czy też jadące nieśpiesznie Paralyzed z leniwymi leadami? Upstrzone dzwonkami Armour of the shroud? Nawet dwie minuty ciszy podpisane jako The World I Left Behind mają w sobie coś niezwykle pasującego do histerycznego wycofania reszty albumu.

Harvest of Dreams to piękny, szczery album. Spójny i wartościowy. Czemu więc nie udało się osiągnąć sukcesu w 1982 roku, kiedy oryginalnie ta perełka się ukazała? Pomijając prywatne pressy i geograficzny brak podstaw do sukcesu, nie wspominając nawet o tym, co królowało wtedy na listach przebojów, zespoły ponoć były chronicznie rozwiązywane przez rodziców. No bo jak to, jakiś 25-latek z 12-latkiem tak po prostu grają? Nie może być. I jakoś tak nie było, przez dwie dekady, aż słynni kolektorzy dziwactw tacy jak Ariel Pink i Thurston Moore nakręcili maszynę, dzięki której dzisiaj Bobba można posłuchać sobie nawet ze Spotify. Warto to zrobić, zaręczam. (Emil Macherzyński)

Reklamy