#31: Spectrum – Soul Kiss (Glide Divine) (1992)

by carpcrawl

Spectrum - Soul kiss (glide divine)

Wiecie dlaczego przede wszystkim słucham muzyki? Bo album na przestrzeni kilkudziesięciu minut swojego trwania potrafi stworzyć dla słuchacza swój własny mikroświat, wciągnąć w niego, pozwolić w nim istnieć, a potem wypluć w nieco zmienionym stanie ducha. Nieważne, o jaki gatunek czy rodzaj muzyki chodzi – w dźwiękach jest coś, co pozwala na absolutnie unikalny rodzaj obcowania z wizją artysty, według mnie dużo głębszy i dużo bardziej osobisty, niż w przypadku chociażby filmu czy książki. Moimi ulubionymi albumami są takie, w których można „istnieć”, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie miało zabrzmieć. Prym w tej materii wiedzie shoegaze. I całkiem sporo patrzenia się na buty możemy znaleźć na Soul Kiss (Glide Divine) autorstwa Spectrum, czyli Petera Kembera ukrywającego się czasem pod pseudonimem Sonic Boom, a znanego przede wszystkim z formacji Spacemen 3.

Tu dochodzimy do dość ważnej kwestii dotyczącej tego duetu – doskonale rozumiem uwielbienie dla nich. Nie dziwi mnie też wcale nabożne podejście do Spiritualized – drugiego projektu, który po rozpadzie Spacemen 3 powstał. Spectrum zawsze jest jednak z jakiegoś powodu mniej lub bardziej pomijany, kiedy mówi się o dorobku tych panów. A nawet jeśli, to zwykle mówi się o pierwszym albumie, wydanym jeszcze pod szyldem Sonic Boom – owszem, bardzo ładnym, minimalistycznym i osobistym, ale (przynajmniej wg mnie) nie tworzącym jeszcze żadnej nowej jakości. Dopiero na kolejnym albumie Kember w pełni rozwinął skrzydła i stworzył coś, co doskonale uwidacznia, co było jego udziałem w macierzystej formacji – transowość i błogie gitarowe brzmienia.

Spectrum, w przeciwieństwie do projektu Jasona Pierce’a, nie ma specjalnego zacięcia na tworzenie dzieł epokowych, rozbuchanych i przygniatających swoim rozmachem i konceptualizmem. Podczas, gdy J. Spaceman teatralnie rozdziera szaty przed publiką, Kember woli pobyć sam na sam ze swoją gitarą i grać głównie dla siebie. Właściwie każdy utwór na Soul Kiss jest muzycznym dreptaniem w miejscu – zatopieniem słuchacza w dźwięku i nieśmiałym zaproszeniem do własnego świata. Kompozycje są statyczne i bardzo introwertyczne. Oprócz otwierającego album, niemalże noise-popowego How You Satisfy Me każdy kolejny indeks konsekwentnie unika stricte piosenkowej formy czy podziałów na zwrotki i refreny, by w końcowym Phase Me Out (Gently) porzucić nawet jakikolwiek rytm i operować już tylko i wyłącznie sprzężeniami. Nie ma tu znanej z płyt Spiritualized opery, chórów, ani dramatycznych crescendo. Ani razu na płycie nie pada też słowo „Jezus”. Zamiast tego mamy medytacyjny wręcz spokój.

Głównym instrumentarium są przepuszczone przez efekty gitary i organy. Wokal, nawet jeśli się pojawia, to ukryty jest za pogłosami i nigdy nie wychodzi na pierwszy plan. Nie ma zresztą takiej potrzeby – Spectrum zamiast opowiadać historie, skupia się na tworzeniu klimatu, leniwie powtarzając kolejne wersy, aż słuchacz zacznie je traktować jako element rytmiczny, a nie liryczny (mądre słowo na dziś: satiacja semantyczna). Album jest tak kruchy i delikatny, że bardzo łatwo jest go kompletnie zignorować, jeśli nie będzie się słuchało uważnie. Ale zdaje się, że konsekwentnie wycofanemu Kemberowi niespecjalnie na naszej uwadze zależy. Ten album wymaga nieco zaangażowania i dobrej woli ze strony słuchacza.

Ale zaangażowanie się w ten album może być sowicie nagrodzone. Bo chociaż Soul Kiss (Glide Divine) nie chce funkcjonować jako muzyka tła, to doskonale sprawdza się jako muzyka pierwszego planu. A właściwie jedynego. Niewiele jest wydawnictw takich jak to – kompletnie mnie rozbrajających i uniemożliwiających wykonywanie nawet najprostszych czynności. Mogę jej poświęcić albo pełną uwagę, albo tej uwagi nie poświęcać wcale – i nie znajduję żadnych rozwiązań pośrednich. Nie zdarza mi się to nawet przy muzyce, którą uznaję za subiektywnie lepszą i kreującą ciekawsze mikroświaty (żeby nie szukać daleko – chociażby Endless Summer Fennesza). I niech to będzie najlepsza rekomendacja. Znajdźcie wolne 75 minut, połóżcie się spokojnie i odpłyńcie w błogi kosmos, który Kember swoją muzyką namalował. Zdecydowanie warto. (Maciek Sławski)

Reklamy