#33: Nearly God – Nearly God (1996)

by carpcrawl

Nearly God - Nearly God

Trzeba mieć tupet, żeby wydać album pod aliasem Nearly God. Te słowa, stanowiące zarazem tytuł płyty, pochodzą z wywiadu ze stojącym za całym przedsięwzięciem Adrianem Thawsem, znanym przede wszystkim jako Tricky. W 1995 niemiecki dziennikarz zaczął rozmowę z nim od pytania „więc jak to jest być Bogiem… No dobrze, niemal Bogiem?”. Trzeba jednak przyznać, że wtedy te słowa wcale nie były nieuzasadnione. Po świetnych gościnnych występach na dwóch pierwszych, klasycznych już płytach Massive Attack ukazał się pierwszy solowy album Tricky’ego zatytułowany Maxinquaye, na którym muzyk z ówczesną partnerką Martiną Topley-Bird u boku eksplorował dużo mroczniejsze rejony, niż na płytach tria z Bristolu. Do dziś wymienia się to wydawnictwo jednym tchem obok Mezzanine czy Dummy; stanowi ono niedościgniony wzór, jeśli chodzi o utwory brzydkie, zadymione i nafaszerowane erotyką. Rok później ukazało się Pre-Millenium Tension, jeszcze bardziej nieprzystępne, ale zdecydowanie równie warte uwagi. I to niestety był ostatni album Tricky’ego w całości trzymający poziom. Ale w 1996 Thaws wydał jeszcze jedną rzecz, którą zdecydowanie zbyt często się pomija, kiedy mówi się o jego postaci. Nearly God właśnie.

Można się zastanawiać, na ile do zapomnienia o tym dziele przyczyniła się wymuszona przez wytwórnię Island zmiana aliasu, a na ile skrajnie nieprzystępna forma, w jaką zostały ubrane nowe kompozycje. Pozostał znany z debiutu mrok i duszność, mniej za to jest piosenek. Większość z indeksów na Nearly God to minimalistyczne szkice, celowo niedopracowane i pozostawione w surowym stanie. Konsekwencja Tricky’ego sięgała tak daleko, że zrezygnował z gościnnego udziału Damona Albarna w projekcie ze względu na jego zbyt perfekcjonistyczne podejście. Ale lista nazwisk osób udzielających się tutaj i tak robi wrażenie – obok znanej już Martiny Topley-Bird pojawiają się m.in. Neneh Cherry, Terry Hall (wokalista The Specials), czy ówczesna kochanka Thawsa – Björk. Sam Adrian śpiewa stosunkowo rzadko, zwykle jego rola ogranicza się do bycia mistrzem ceremonii i skupieniu się na warstwie muzycznej, co wychodzi mu być może lepiej niż kiedykolwiek. Siłą muzyki na Nearly God jest niesamowicie konsekwentna statyczność – wiele utworów to po prostu wokal i jednostajny, brudny beat. Beat, który po kilku minutach zaczyna przerażać i doprowadzać do szału coraz bardziej, do tego stopnia, że mniej więcej w połowie każdej kompozycji marzy się już tylko o dotrwaniu do jej końca. Napięcie, które tworzy monotonny podkład, nie jest w żaden sposób rozładowywane, a tylko potęgowane na przestrzeni kolejnych indeksów. Dramat po prostu.

Najlepiej słuchać tego albumu w nocy, w kompletnej ciemności i samotności. Ideałem byłoby czucie się źle – nieważne z jakiego powodu, chociaż najodpowiedniejsze wydaje się być przesadzenie z używkami. A jeśli nie czujecie się źle, to w którymś momencie zapewne zaczniecie. Być może na wysokości Keep Your Mouth Shut, pierwszego utworu z Björk, stanowiącego zresztą chorą reinterpretację jej autorskiej kompozycji You’ve Been Flirting Again. Tricky zrobił wszystko, żeby obcowanie z tą wersją było traumatycznym przeżyciem – od pociętego i pozornie bezsensownego kolażu dźwiękowego stanowiącego intro, poprzez urywający się nagle i powracający znikąd podkład, aż do powtarzanych z maniakalnym uporem przez Adriana słów „mother I’m hungry / father will you feed me?”, tak nieprzystających do delikatnych wokali damskiej części duetu. Swoją drogą, na żadnym swoim innym albumie Thaws nie miał tak przerażająco niskiego i przepalonego głosu. Każde jego pojawienie się za mikrofonem wywołuje ciarki, jak zresztą wiele innych momentów na tym wydawnictwie. Potężne wejście bębnów w coverze jazzowego standardu Black Coffee, niepokojąco nierówna wspólna partia wokalna Tricky’ego i Martiny w I Be The Prophet, czy bezsensowne zgłoski wydawane przez Björk w zamykającym płytę Yoga (jak na ironię, nie mającym nic wspólnego z wydanym rok później jej utworem Jóga) – długo by wymieniać. Wszystko, co tak niepokoiło na Maxinquaye zostało tu przerysowane i wyciągnięte na pierwszy plan. I już nie niepokoi, tylko najzwyczajniej w świecie przeraża. Właściwie jedynym momentem wytchnienia jest Together Now nagrane z Neneh Cherry, chociaż umieszczona w kontekście „normalnych” piosenek i ta kompozycja nie byłaby ani łatwa, ani przyjemna. Całokształt klimatu najlepiej oddaje okładka płyty – cokolwiek by nie przedstawiała, zarówno swoją kolorystyką, jak i treścią trafia idealnie w punkt.

Dobre albumy mają to do siebie, że czas zwykle płynie przy nich szybko i po skończeniu odsłuchu ma się ochotę do niego powrócić. Z Nearly God jest inaczej – 52 minuty ciągną się niemiłosiernie, dusząc słuchacza swoim klimatem. I chyba nigdy nie zdarzyło mi się słuchać tej płyty dwa razy pod rząd (podejrzewam, że zapamiętałbym to na długo). Ale zawsze koniec końców do niej wracam. Mimo, że znam tę muzykę już od jakichś sześciu lat, wciąż robi na mnie niesamowite wrażenie, i co jakiś czas nadal mam ochotę znów przez niecałą godzinę być w tym chorym, brudnym świecie, który Tricky stworzył. Kiedyś opisując znajomemu ten album, wymyśliłem spontanicznie określenie „bad trip-hop”, które chyba najlepiej opisuje te dźwięki. Dźwięki przypominające właśnie zły, paranoidalny trip czy inny koszmar. I mimo wszelkich negatywnych konotacji, jakie ma słowo „koszmar”, serdecznie polecam Nearly God wszystkim miłośnikom muzyki tak obrzydliwej, że aż fascynującej i wciągającej. Przynajmniej tych odważniejszych słuchaczy. (Maciek Sławski)

Reklamy