#34: Paul McCartney – McCartney (1970)

by carpcrawl

Paul McCartney - McCartney

Warszawski koncert Paula McCartneya za pasem, więc pozwolę sobie wykorzystać tę okazję do napisania o jednym z jego kontrowersyjniejszych dzieł. McCartney, pierwszy – nie licząc ścieżki dźwiękowej do filmu The family way – solowy album ex-Beatlesa, dzieli do dziś, co widać choćby po recenzjach na Rateyourmusic. „Its a really fantastically crafted little Gem of a ramshakle album” czy „Best McCartney solo album” przepychają się tam z „This is an awful record” i „one star for maybe im amazed which sounds like a beatles b side”. Doskonale rozumiem, czemu ten album może się nie podobać, zwłaszcza, że był nagrywany ledwie kilka miesięcy po Abbey Road, więc można by się spodziewać, że McCartney na fali wielkiej formy stworzył kolejną genialną płytę. A jednak wszystkie niedoskonałości McCartney, jego szkicowość, niedokończenie, bardziej i mniej udane poszukiwania oraz szczątkowa produkcja budzą we mnie wielki szacunek. Nie wiem, czy taki był plan, ale Paul pokazał jaja. W roku 1970, będąc wciąż na komercyjnym i artystycznym szczycie, przywalić albumem tak niedbałym i rozchełstanym? Oceny zdezorientowanych recenzentów mówią wszystko – Macca nie spełnił niczyich oczekiwań poza może swoimi.

To właśnie przy okazji premiery tej płyty (dokładnie na tydzień przed nią – 10 kwietnia 1970 r.) Paul McCartney ogłosił swoje odejście z The Beatles za pomocą dołączonych do promocyjnych egzemplarzy McCartney zestawów Q&A, które odpowiadały na wszystkie potencjalne pytania związane z rozpadem grupy. Kilka miesięcy wcześniej wydarzenia następowały lawinowo – w sierpniu ’69 John Lennon nieoficjalnie opuścił zespół, w październiku Plastic Ono Band wydało swój pierwszy singiel, Cold turkey. Podjęcie solowych nagrań także przez McCartneya było nieuniknione, ale ich początek wyglądał bardzo niepozornie – w listopadzie ’69 Macca nagrał w domowych warunkach miniaturkę The lovely Linda, chcąc przetestować czterościeżkowy magnetofon firmy Studer. Test poszedł na tyle dobrze, że Paul nagrywał dalej, głównie napisane na poczekaniu i zaimprowizowane pół-piosenki, w których sam zagrał na wszystkich instrumentach. Reszta sesji odbyła się już w studiach Morgan Studios i Abbey Road – w tym ostatnim jednocześnie dobiegały końca prace Phila Spectora nad Let it be. Powstawanie McCartney nie do końca podobało się pozostałym Beatlesom, którzy obawiali się o wpływ premiery solowej płyty Paula na sprzedaż ostatniego wspólnego krążka zespołu. McCartney opowiadał, że po raz pierwszy wtedy poprosił Ringo Starra – który został wysłany jako mediator, i przyszedł do Paula prosząc o przesunięcie premiery albumu na później – o opuszczenie swojego domu. Wewnątrzzespołowe pseudo-negocjacje, zakulisowe sabotaże ówczesnego managera Beatlesów, Allena Kleina (przetrzymywał taśmę-matkę McCartney, żeby opóźnić premierę), szantażowanie własnej wytwórni – chyba nie będzie dużym nadużyciem stwierdzenie, że jedną z niewielu osób, którym Paul wtedy w ogóle ufał, była poślubiona w marcu 1969 r. Linda Eastman.

Nie da się też ukryć, że to właśnie pierwsza żona muzyka jest jedną z głównych inspiracji piosenek na McCartney. Otwierająca album, wspomniana już mikroballada The lovely Linda w zamyśle miała być ‚odpowiedzią’ na muzyczne listy miłosne pisane przez Johna Lennona dla Yoko Ono. Ale to nie jedyny ślad Lindy na płycie – słychać ją w chórkach w stylu ye-ye w uroczej piosence Teddy boy, no i to dla niej powstała jedna z moich ulubionych piosenek w solowej dyskografii Paula, śmiało dorównująca klasykom The Beatles Maybe I’m amazed. Pomiędzy nimi trafiamy na typowo mccartneyowskie kompozycje, wariacje wokół bluesa i mniej lub bardziej niedokończone instrumentale. Do ulubionych momentów na pewno dopisałbym: That would be something, nagrane z bardzo śladową perkusja i…beat-boxem, z zaskakująco urwaną końcówką; urokliwe ballady Every night Junk (ta druga występuje na płycie w dwóch wersjach – podobny zabieg z repryzą jednej z piosenek Paul zastosuje później na Ram); lekko country-westernowa When we was lonely, z intrem łudząco podobnym do jednego z wątków Bohemian rhapsody; i bujający instrumental Momma miss America.

Piosenki bez wokalu wypadają różnie – o ile we wspomnianej Momma miss America dużą siłą jest spogłosowany fortepian i dudniąca perkusja, tak już mniej przekonują mnie Valentine’s day Hot as sun/Glasses. Ten pierwszy to lekko nieregularny rytmicznie blues na gitarę i bębny, nieco zbyt mało odkrywczy, jak na twórcę o takich zdolnościach kompozytorsko-aranżacyjnych. Z kolei Hot as sun/Glasses podzielony jest na dwie części – pierwsza z nich brzmi dla mnie nieco biesiadnie, aż wskakuje mi do głowy melodia „Jestem sobie krakowianka”. Za to druga prawie że znikąd zaczyna się…organowym dronem (na jakieś pięć lat przed pierwszą ambientową płytą), po czym słychać fragment piosenki Suicide, która nie trafiła na album. Najdziwniejsze dostajemy na koniec – Kreen-akrore pozornie zaczyna się zwyczajnie, gitarowo-organowo-fortepianowo, by ustąpić miejsca piskliwym odgłosom i rozsypującej się ‚solówce’ na perkusję, przechodzącym po drodze w chórek bez słów przypominający mi…The Microphones. Fakt, że The Beatles zdążyli już oswoić szeroką publiczność z awangardą za sprawą Revolution 9, nie jest to też szczyt eksperymentowania, ale w roku 1970 popularni artyści na ogół takich numerów nie wycinali. Scott Walker, koronny reprezentant nurtu ‚od popu do awangardy’, stawiał wtedy dopiero pierwsze kroki w eksploracji grozy, no i wciąż nagrywał głównie piosenki.

Krytykom surowe podejście McCartney raczej się nie spodobało – wielu pisało, że „teraz jasne jest, jak ważną rolę w The Beatles odgrywał George Martin„. Publiczność płytę kupiła – album zadebiutował na 2 miejscu w Wielkiej Brytanii, za bestsellerowym Bridge over troubled water Simona & Garfunkela – ale nietrudno się domyślić, że wielu z nich nie dostało tego, na co czekało. Ex-koledzy z zespołu też byli bezlitośni: Lennon opowiadał o swoim zaskoczeniu, ze taki perfekcjonista jak McCartney wydał tak niedbałą płytę, zaś Harrison deklarował sympatię tylko dla That would be something Maybe I’m amazed, podczas gdy reszta w ogóle go nie ruszała. I owszem, McCartney to na pewno nie jest najlepszy album Paula, ale ja widzę i słyszę w tym niedoskonałym bałaganie prakorzenie tak oczywistych dziś lo-fi i DIY, jedno z pierwszych ‚fuck you’ popularnego artysty skierowane do krytyków i świata z jego roszczeniowymi oczekiwaniami. Jeden z użytkownikow RYM napisał, że ta płyta to „Slanted & Enchanted lat 70.”, i choć nie ma tu relacji 1-1, to porównanie ma swoje mocne podstawy. A naprawdę wielkie rzeczy w dorobku Paula McCartneya, już nie zupełnie samego, powróciły zaledwie rok później. (Krzysztof Kijek)

Reklamy