#35: Blur – 13 (1999)

by carpcrawl

Blur - 13

Zrobię coś, czego na ogół staram się w swoich notkach unikać – opowiem Wam o muzyce przez pryzmat siebie i swoich przeżyć. Początek tej historii leży w roku 1994, kiedy to podczas dziarskiego oglądania MTV (a może to była VIVA?) moje życie wzbogaciło się o znajomość teledysków do Girls & boys Blur Live forever Oasis.  Tak zaczął się mój młodzieńczy romans z eksplodującym właśnie britpopem. To nic, że nie zszedłem wtedy głębiej niż pierwsza liga gatunku, i że pełne płyty wyżej wymienionych, a także Pulp, Supergrass czy Suede, dotarły do mnie dopiero kilka lat później. Single wystarczyły w zupełności – przez następne kilkanaście miesięcy z wypiekami nuciłem WhateverSome might sayThe wild onesCommon peopleDisco 2000Country house czy Charmless man. Wojna britpopowa Oasis vs. Blur? Ja nie miałem tego problemu, bo lubiłem i jednych, i drugich.

Potem, jak to w tym wieku bywa, przyszła pora na nową zajawkę, i choć z grubsza orientowałem się, co w 1997 robiło Oasis, to Blur, sam nie wiem, czemu, straciłem na moment z oczu. O tym, że są jakieś nowe piosenki, dowiedziałem się, gdy brat pierwszy raz włączył FIFA ’98. Na szczęście niedługo potem odkryłem Vivę Zwei (tak, należę do pokolenia, któremu ten kanał zmienił życie) i nadrobiłem zaległości w singlach z żółtego albumu. Niby czytałem w Machinie, że zespół Albarna zmienił brzmienie, ale nie do końca jeszcze wtedy rozumiałem, jak to działa i na czym polega. Wcześniej mieli bardzo fajne kawałki, teraz też mieli bardzo fajne kawałki, a zatem wszystko bez zmian. Nie byłem specjalnie zaskoczony, że wydane w 1999 roku single Tender Coffee & TV były kolejnymi zaraźliwymi piosenkami. Z tym, że te zmotywowały mnie do tego, żeby w końcu kupić swoją pierwszą kasetę Blur – opakowaną w białe, nieprzezroczyste pudełko 13.

Jednym z częstszych i bardziej obrazowych przykładów sytuacji, gdy oddany fan doznaje szoku, włączając nową płytę swoich ulubieńców, i zastanawiając się, czy aby na pewno kupił to, co chciał, jest przejście Talk Talk między The colour of spring i Spirit of Eden. Na nieco mniejszą skalę, ale mniej więcej taką dezorientację poczułem przy pierwszym odsłuchu 13 – po znanym już Tender na otwarcie nagle pojawiły się niebywale przesterowane gitary, hałasy, wrzaski, odgłosy jakby…wiertarki?! Co jest?! Potem Coffee & TV, to znam, ale za moment znowu rzężenie i numer bez refrenu, ani nawet w ogóle melodii. Dalej nie było lżej – jeśli piosenka zaczynała się ładnie, to za chwilę zmieniała się w jakieś kosmiczne efekty i szumienie. Albo w ogóle nie brzmiała rockowo. Albo nawet nie była piosenką, tylko przerywnikiem. Gdy skończył się pierwszy odsłuch, nie miałem pojęcia, co się przed chwilą stało. Ale jakiś upór, może chęć zrozumienia, na co wydałem pieniądze rodziców, a może przeczucie, kazały mi włączyć kasetę jeszcze raz. I jeszcze raz.

Pewnie już teraz domyślacie się, jak cała ta historia się skończyła, więc najpierw pozwolę sobie na szybką wiwisekcję 13 z perspektywy siebie 14 lat po jej pierwszym odsłuchu. Moje ulubione oprócz singli fragmenty to: transowy i gęsty od warstw dźwiękowych Battle, druzgocąco smutny, psychodeliczny Caramel i mistrzowsko budujący napięcie Trimm trabb. Ale też podoba mi się kipiący energią Bugman – chyba zwłaszcza ze względu na wiertarkowe odloty i Albarna nucącego niczym Sun Ra „space is the place” w drugiej części piosenki. 1992 przed rozlaniem się w morzu feedbacku błyszczy bardzo ładną melodią. B.L.U.R.E.M.I. to niby tylko tradycyjny ‚punkowy wymiatacz na płycie Blur’, ale utrudnia klasyfikację swoim robocim refrenem i kosmicznym, klawiszowym outro. Ujmuje mnie to, jak lekko Mellow song łączy bycie delikatną balladą i hip-hopowym instrumentalem. Wreszcie No distance left to run, choć na początku nie byłem doń przekonany, dziś uważam za jeden z najmocniej chwytających za serce ever zapisów post-związkowego spleenu. A wspomniane przerywniki doskonale wpisują się w całość tracklisty.

Pointa jest oczywiście banalnie prosta – 13 to do dziś moja ulubiona płyta Blur. Na zbliżającym się koncercie zespołu w Gdyni, na który czekam ledwie jakieś 13 lat,  nic mnie chyba tak nie uszczęśliwi, jak usłyszenie właśnie jej fragmentów. Na potrzeby tego wpisu sprawdziłem, czy nadal wzruszam się podczas jej słuchania – zdecydowanie tak. Słowa ‚I gotta get better’ z Caramel są nadal moim nieoficjalnym credo. Fragment jednego z przerywników z 13 ukradłem, żeby zrobić z niego czołówkę audycji w radiu. No i jestem stuprocentowo pewny, że to jeden z najważniejszych drogowskazów na drodze mojego rozwoju muzycznego, dzięki któremu dużo łatwiej poradziłem sobie z kolejnym szokiem, który przyszedł rok później, przy okazji premiery płyty z ośnieżonymi szczytami górskimi na okładce. (Krzysztof Kijek)

Reklamy