#36: Sigur Rós – Von (1997)

by carpcrawl

Obrazek

Jeszcze nie tak dawno rozumiałem większość zarzutów odnoszących się do muzyki Sigur Rós. Ba, nawet ze sporą częścią z nich się zgadzałem, szczególnie jeśli chodziło o płyty wydane po (  ) z 2002 roku. Większość przytyków odnosiła się do powtarzalności i trzymaniu się przez cały czas jednego patentu gwarantującego nagrywanie dźwiękowych odpowiedników pocztówek z Islandii – ładnych, ale z każdym kolejnym wydawnictwem coraz bardziej wymęczonych i karykaturalnych. Apogeum to zjawisko osiągnęło na albumie Með Suð í Eyrum Við Spilum Endalaust, na którym to ojczyzna zespołu zaczęła powoli za sprawą przesadnie skocznych rytmów przypominać jarmark, wprawdzie kolorowy i bardzo radosny, ale kompletnie nieprzemyślany i na dłuższą metę bardzo nużący. Sytuacja na szczęście poprawiła się z kolejnymi wydawnictwami (w tym tegorocznym Kveikur), a koncert, który miałem przyjemność zobaczyć tydzień temu, utwierdził mnie w przekonaniu, że Sigur Rós to zespół wielki, który potrafi tworzyć rzeczy tak bliskie czystemu pięknu, jak to tylko możliwe.

Ale na początku było to bardzo specyficzne i nieśmiałe piękno. Sami muzycy chyba odcinają się od swoich początków, o czym świadczy kompletne pomijanie go w setlistach koncertów oraz (w mniejszym stopniu) zatytułowanie swojej drugiej płyty „dobry początek”. Ale nie zapominajmy o tym, że Von (czyli „nadzieja”) było pierwsze. I jest w dyskografii Islandczyków pozycją unikatową, eksplorującą rejony, do których później już tylko nieśmiało się zbliżali. Niewiele tu post-rocka, dużo bardziej pasują takie łatki jak dark ambient czy nawet shoegaze. W ogóle niewiele tu muzyki, co może szokować słuchaczy przyzwyczajonych do rozmachu kojarzonego z muzyką Sigur Rós. Pierwsze dwa utwory na płycie pozbawione są właściwie rytmu i koncentrują się na tworzeniu klimatu za pomocą nagrań terenowych i pojedynczych dźwięków – basowych pomruków, jazgotliwych sprzężeń czy chaotycznego dzwonienia. Von przez większość czasu czai się i plącze po kątach, by tylko z rzadka przypuścić atak frontalny.

I, co chyba jest najdobitniejszą różnicą, ta płyta jest bardzo daleko od bycia klasyczną sigurrósową pocztóweczką. Gdyby ktoś kiedyś podarował mi ten album mówiąc „tak właśnie jest na Islandii”, daleki byłbym od chęci przeprowadzenia się tam na starość, by w błogości, pięknie i niespieszności spędzić tam resztę swojego życia. Ale na pewno byłbym zafascynowany. Debiut Sigur Rós nadal ma wiele wspólnego z malowaniem krajobrazów dźwiękiem, ale są to krajobrazy niebezpieczne, pierwotne, często nawet drapieżne. I na pewno nie reprezentują sobą spokoju, nawet post-rockowe fragmenty mają w sobie więcej z drapieżności innych klasyków gatunku niż delikatności, z którą zwykle kojarzy się Islandczyków. Na Von dźwięk zamiast koić nerwy słuchacza, zwykle celuje w trzymanie go w niepewności, by z zaskoczenia złapać go i nim wstrząsnąć, jak chociażby w fenomenalnej końcówce Hún Jörð …, będącej dla mnie jednym z mocniej ruszających momentów w całej dyskografii zespołu. Także przez swoją unikalność.

Więc odłóżmy na chwilę wszystko, co z Sigur Rós się kojarzy. Odłóżmy też bałwochwalstwa i pretensjonalne bzdury, które często się wypisuje, kiedy opowiada się o ich muzyce. A przecież nie powinno się o niej za dużo opowiadać – uważam, że w doskonały sposób tłumaczy się ona sama. I to w sposób bardzo subiektywny i podejrzewam, że odmienny dla każdego słuchacza. Chyba najwyraźniej dało się to odczuć na (  ), płycie znajdującej odpowiedź na pytanie „jak wiele można powiedzieć, nie mówiąc właściwie nic?”, ale Von również jest w stanie niesamowicie pobudzić wyobraźnię odbiorcy i stworzyć w jego głowie przepiękne światy. W moim przypadku w tych światach są m.in. wzburzone morze, rosa na trawie o czwartej nad ranem, ciemne korytarze jaskiń i rodzące się życie. I mało w tym wszystkim tytułowej nadziei. I bardzo dobrze. (Maciek Sławski)

Reklamy