#37: Big Star – Third/Sister lovers (1978)

by carpcrawl

Big Star - Third/Sister lovers

Niedawny tekst Lindsay Zoladz na Pitchforku, poświęcony zeszłorocznemu filmowi dokumentalnemu o Big Star Nothing can hurt me, przypomniał mi o smutnych losach zespołu i jego dwóch najważniejszych muzyków. Przy czym nie chodzi tu tylko o brak docenienia i sukcesu komercyjnego w latach aktywności grupy.  Tematu nie wyczerpuje też kwestia artystyczna, nieśmiertelny lejtmotyw ‚zespołu, który wyprzedził swoją epokę, i nikt go nie rozpoznał na czas’. To po prostu bardzo smutna tragedia ludzka. Alex Chilton (mniej) i Chris Bell (bardziej) przez lata musieli zmagać się z traumą porażki, niespełnieniem, frustracją i depresją. Nie ma dowodu na to, że śmiertelny wypadek samochodowy Bella w 1978 roku był samobójstwem, ale rozpacz i rozczarowanie na pewno odegrały swoją rolę. I, co gorsza, wspomniany film pokazuje, że późniejsze ponowne odkrycie i wypromowanie Big Star przez rzesze muzyków budujących zręby indie w latach 80. było tylko częściową osłodą. Siostra Chrisa Bella daje do zrozumienia, ze choć cieszy ją pośmiertna sława brata, dużo bardziej wolałaby mieć go wciąż obok. Z kolei Alex Chilton tuż przed śmiercią (w 2010 r.) lekceważył objawy przedzawałowe, bo…nie miał wykupionego ubezpieczenia zdrowotnego. To ma być happy end?

Teza, że przy lepszej dystrybucji i z inną wytwórnią płyty Big Star byłyby przebojami, jest oczywiście tylko gdybaniem nie do obrony. Ale fakty są nieubłagane – to gapiostwo Stax spowodowało, że debiut zespołu można było znaleźć w bardzo niewielu sklepach. Efekt – pomimo świetnych recenzji m.in. Billboardu, album kupiło mniej niż 10 tysięcy ludzi, a tytuł #1 Record nawet nie zbliżył się do bycia samospełniającą się przepowiednią. Dla Bella, mającego dużo większe ciśnienie na sławę niż Chilton (który zdawał się wręcz pragnąć zniszczyć wszystko, do czego doszedł śpiewając w popularnej grupie The Box Tops), to była klęska, w wyniku której opuścił on zespół i pogrążył się w heroinowej rozpaczy. Alex kontynuował grę pod starym szyldem wraz z pozostałymi muzykami Big Star – Andy Hummelem Jody Stephensem – których zastępowali czasem Richard Rosebrough i Danny Jones. Choć Radio city to znakomity następca debiutu, to brak Bella słychać było bardzo wyraźnie. Po jego odejściu zabrakło w zespole osoby, która przypilnowałaby produkcji, albo zadbała o (jeszcze) większą przebojowość. To sprawiło, że na drugim albumie Big Star zaczął się proces powolnej dezintegracji muzyki zespołu. A to nie był koniec, bo przy Radio city powtórzyła się historia debiutu – tym razem dystrybucję i promocję zawaliła wspólnie ze Stax wytwórnia Ardent Records, co skończyło się drugą klęską komercyjną. Ponownie doskonałe recenzje nie pomogły – sprzedaż podwoiła się do około 20 tysięcy kopii, ale to wciąż był nędzny wynik. Do trzeciej płyty Chilton przystępował w bardzo wątłej formie psychofizycznej.

Mówi się czasem o Disintegration loops Williama Basinskiego, że to zapis rozpadu dźwiękowego, muzyki tak kruchej, że rozsypującej się (w tym wypadku dosłownie) na naszych uszach. Ja mam takie skojarzenie słuchając Third/Sister lovers – jakby w połowie dokończonej trzeciej płyty Big Star. Przebojowy power pop poszedł już kompletnie w odstawkę, a na pierwszy plan wysunęły się bardzo osobiste, nasycone głębokim smutkiem szkico-piosenki. Chilton nawet nie planował wydawać tej płyty pod szyldem zespołu, i twierdził, że była to marketingowa decyzja wytwórni w momencie premiery, on zaś traktował Third jako solowy album. Temu z kolei sprzeciwiał się Stephens, podkreślając swój wkład w brzmienie płyty (to podobno on zaproponował użycie sekcji smyczkowej, co spodobało się Alexowi). Trudno jednak się dziwić decydentom, którym zależało na odzyskaniu choćby części pieniędzy i czasu zainwestowanych w album. Zwłaszcza czasu – nagrania rozpoczęły się w 1974 r., taśmy zmasterowano w 1975 r., ale premiera płyty odbyła się dopiero 3 lata później, między innymi z powodu zniechęcenia Chiltona i producentów do dalszych prac. Co więcej, wydany wtedy album miał kompletnie inną tracklistę od zaplanowanej przez zespół. Pierwsza próba odtworzenia oryginalnej wizji miała miejsce dopiero w…1992 r. O sukcesie komercyjnym nawet nie ma co wspominać – trudno było zainteresować publiczność płytą niechcianą nawet przez samych twórców.

Miałem trudne początki z Third/Sister lovers, musiałem się oswoić z jej chwiejnym charakterem, skrytością, pozornym brakiem melodii. Big Star przyzwyczaili mnie do czegoś innego, niż brzmiący jak zlepek kilku piosenek opener Kizza me. Natomiast – co może być zwykłym potwierdzeniem prawdy, że sympatia do płyty rośnie wprost proporcjonalnie do spędzonego z nią czasu, a może wyrazem mojej słabości do outsiderów – po wielu kolejnych odsłuchach Third przesłoniła w moim osobistym kanonie pozostałą dwójkę. I nawet nie chodzi o dwie najbardziej ‚znane’ piosenki z tej płyty, wielokrotnie coverowane (oczywiście przez This Mortal Coil, ale też na przykład Placebo Jeffa Buckleya), przepiękne Holocaust Kanga Roo. Third najbardziej dla mnie rozkwita na wysokości choćby apatycznego, zmęczonego Big black car (z refrenu którego pochodzi tytuł wspomnianego dokumentu – Nothing can hurt me) czy akustycznego Stroke it Noel, z krystalicznie cudownym dialogiem skrzypiec i wokalu w refrenie. Przebojowość nie znikła zupełnie, po prostu przybrała nową, mniej śmiałą postać, jak choćby w nienachalnie melodyjnych Thank you friends You can’t have me, zapowiadających falę lekko folkującego indie z lat 80. (R.E.M., Mekons, Cowboy Junkies). Głęboko wzrusza mnie finał płyty (według tracklisty Rykodisc z 1992 r., czyli tej najbliższej planom zespołu) – dramatycznie smutne i zrezygnowane NightimeBlue moonTake care. Wiem, ze dużo w tym autosugestii, i ze ta kolejność mogła być zupełnie inna, ale dla mnie brzmi to jak pożegnanie. Którym poniekąd było – dla Chiltona zaczął się nowy muzyczny etap, zasługujący na osobne opisanie. Kronikarsko wspomnę jeszcze o coverze Velvet Underground Femme fatale i jedynej piosence autorstwa Jody Stephensa, zaśpiewanej przez niego emocjonalnie kruchej For you. I o cichych (a raczej, w przypadku tej płyty, cichszych) bohaterach Third – sekcji smyczkowej i śpiewającej w tle ówczesnej dziewczynie Chiltona, Lesie Aldridge. Której zresztą podobno było na płycie więcej, ale zdenerwowany Alex w wyniku problemów związkowych usunął dużą część jej partii.

Z perspektywy 2013 roku i ‚odzyskanej’ reputacji Big Star, łatwo mówić o odnalezionym klasyku, który zajął należne sobie miejsce wśród największych. Zespół reaktywował się w 1992 r., grał koncerty, wydał płytę z nowym materiałem, miał wreszcie fanów. Alex Chilton doczekał się piosenki zatytułowanej od swojego imienia i nazwiska. Ale Nothing can hurt me przypomina o bolesnej drugiej stronie tego medalu i o tym, jak bardzo okupiony został kultowy status grupy. I tyczy się to zarówno losów Bella, który nawet nie został zidentyfikowany z nazwiska w prasowej notce o swoim tragicznym wypadku, jak i Chiltona, który umarł trzy dni przed planowanym występem Big Star na South by Southwest. Third/Sister lovers jest do tej tragicznej historii perfekcyjnym soundtrackiem. Zwyczajnie, po ludzku, bardzo szkoda. (Krzysztof Kijek)

Reklamy