#38: Marianne Faithfull – Strange Weather (1987)

by carpcrawl

Obrazek

 

„Wiecie, uważam że narkotyki zrobiły nieco dobrego dla świata. Naprawdę. I jeśli nie uważacie, że narkotyki zrobiły coś dobrego, zróbcie mi przysługę. Wróćcie do domu, weźcie wszystkie swoje winyle, taśmy, płyty CD i je spalcie. Bo wiecie, muzycy którzy stworzyli całą tę muzykę która umilała wam latami życie byli zajebiście naćpani.” – Bill Hicks

Co by nie myśleć o narkotykach, w tych słowach jest sporo racji. Ale dziś nie będzie długich, psychodelicznych jamów nagranych przez dzieciaki które miały szczęście mieć fantastycznego dilera. Będzie za to artystka, której karierę i życie odmieniły właśnie twarde narkotyki. I, jakkolwiek by to okrutnie nie brzmiało, chyba koniec odmieniła na lepsze, przynajmniej patrząc z perspektywy słuchaczy.

Marianne Faithfull, bo o niej mowa, była jedną z wielu gwiazd dziewczęcego popu w połowie lat ’60. Niczego jej nie brakowało – piękna, urocza, obdarzona przecudnym głosem. Ślicznie wykonywała covery chociażby The Ronettes, The Beatles, czy Boba Dylana. I jej kariera pewnie nie potoczyłaby się inaczej niż jej koleżanek po fachu (gdzie one dziś są? no właśnie), gdyby nie parę zdarzeń i osób. Pierwszą z nich był Andrew Loog Oldham, menedżer The Rolling Stones, który spotkał ją na imprezie odbywającej się z okazji wydania ich albumu. Nie pomylił się co do jej talentu – wybrane na pierwszy singiel nagranie napisanego przez Jaggera i Richardsa utworu As Tears Go By było sporym sukcesem. Drogi wokalisty Stonesów i Faithfull zbliżyły się do siebie jeszcze bardziej – w 1965, niespełna rok po ślubie, wokalistka zostawiła swojego męża, Johna Dunbara, by zacząć wspólne życie z Mickiem Jaggerem. Życie, a jakże by inaczej, pełne rock ‚n’ rolla i narkotyków. Trawka, kokaina (będąca zresztą bezpośrednią przyczyną poronienia), heroina. Ta ostatnia była nawet bohaterką piosenki, którą Marianne napisała wspólnie z zespołem, Sister Morphine. Niestety, była też przyczyną upadku artystki, która nie wytrzymała ilości używek. W 1970 rozstała się z wokalistą Stonesów. Straciła dom i prawa do opieki nad synem. Przez dwa lata żyła na ulicach Londynu, borykając się z uzależnieniami, anoreksją, i ostrymi zapaleniami krtani, co trwale zniszczyło jej głos. Trwało to niemal dekadę, aż do 1979 roku, kiedy to ukazał się album Broken English, do dziś uznawany za jedno z największych dokonań Faithfull. Z dziewczęcości i niewinności jej hitów z lat ’60 nie zostało nic – jest to dzieło miejscami wręcz wściekłe, wulgarne, zaangażowane politycznie i czerpiące garściami new wave’u i z wchodzącej wtedy na salony muzyki tanecznej. Nowy, porażający sposób śpiewania podbił serca publiki. A najlepsze, przynajmniej według mnie, miało dopiero nadejść.

Był rok 1985. Po kilku kolejnych wydawnictwach, już nie przyjętych tak entuzjastycznie, Marianne poznała Hala Wilnera, który, jak się okazało, miał stać się jej wieloletnim współpracownikiem. Hal zakochał się w Broken English. Jak sam to określił: „myślałem, że nie ma już takich wokalistek – będących w stanie zaśpiewać właściwie wszystko i nadać temu niesamowity i bardzo osobisty charakter, właściwie robiąc z tego coś kompletnie innego i w pełni własnego”. Po raz pierwszy artyści współpracowali z inicjatywy Wilnera przy okazji nagrywania utworu na składankę w hołdzie Kurtowi Weillowi – Faithfull zaśpiewała Ballad of The Soldier’s Wife, jedną z najlepszych kompozycji na albumie. Wielu krytyków sugerowało, że wokalistka świetnie sprawdziłaby się właśnie w takim repertuarze. Dwa lata później okazało się, że mieli rację.

Album Strange Weather wypełniły covery, które artystka starannie dobierała razem z producentem. Nie było określonego planu, były dwie wizje i głęboka wiara, że „los poprowadzi wszystko w dobrym kierunku” (to znowu słowa Hala). Wybór padł między innymi na I’ll Keep It With Mine Dylana czy Love, Life and Money znane z wykonania Little Willie Johna. A wszystkie utwory spięła w całość niepodrabialna osobowość Faithfull. Po raz ostatni oddajmy głos producentowi. „Nie było żadnego odgórnego konceptu. To po prostu kolejny album Marianne Faithfull, na którym jest ona po prostu sobą – tyle tylko, że tym razem nie komponowała”. Zdolność artystki do nadawania cudzym kompozycjom wręcz autorskiego charakteru stała się jej znakiem rozpoznawczym, z czego zresztą korzysta ona do dziś, wykonując także utwory artystów, którzy z pozoru kompletnie do niej nie pasują – chociażby Black Rebel Motorcycle Club albo The Gutter Twins. Nagrywając Strange Weather miała 41 lat, ale spokojnie mogłaby uchodzić za dwie dekady starszą. Jej ochrypły i łamiący się głos odcisnął unikalne piętno na każdym z indeksów albumu. Wilner doskonale wiedział, co będzie stanowiło siłę albumu, więc instrumentarium jest bardzo skromne – wersje finalne niewiele różniły się od nagrań demo. Sporą rolę w nich grało łkanie gitary Billa Frisella, który był też autorem intra do płyty. Powstało dzieło bardzo minimalistyczne, osobiste i na swój specyficzny sposób czarujące. Spowiedź artystki, która nie chce już, jak na Broken English, walczyć ze światem, a jedynie podzielić się swoim doświadczeniem życiowym. Tym ostatnim, swoją drogą, mogłaby obdzielić kilka osób.

Jest na Strange Weather jedna kompozycja, która ma wręcz symboliczny charakter. Mowa o reinterpretacji As Tears Go By, pierwszego singla Marianne. Wykonanego wolniej, dostojniej, delikatniej. Bez dziewczęcej niewinności i słodkości, za to z ogromnym wyczuciem i przejmującym wręcz smutkiem. Mam wrażenie, że wracając do własnego klasyka sprzed 23 lat wokalistka chciała zamknąć pewien etap. I w pewnym sensie zamknęła – Strange Weather do dziś można postrzegać jako drogowskaz w dalszych artystycznych poczynaniach Faithfull. Bo właściwie do dziś nadal zajmuje się głównie tym samym – wykonywaniem cudzych kompozycji w taki sposób, w jaki nikt inny nie mógłby ich wykonać. Nie ma się co dziwić, że chcą z nią współpracować najwięksi, żeby tylko wymienić Nicka Cave’a, Becka, czy PJ Harvey. To zarówno zasługa niezaprzeczalnego talentu Marianne, jak i jej uzależnień sprzed lat, którym „zawdzięcza” sporą część swojej wrażliwości. Oraz ten piorunujący głos. (Maciek Sławski)

 

 

Reklamy