#39: Jane – It’s a fine day (1983)

by carpcrawl

Jane - It's a fine day

Zanim wezmę się za bary z wielkimi zespołami i płytami (jeśli oczywiście nie zabraknie mi zapału – trzymajcie kciuki), to pokrótce zgłębię temat tej milutkiej piosenki. Nic skomplikowanego, to prosta melodia i tekst, napisane przez niezbyt dziś pamiętanego brytyjskiego poetę i muzyka. Aranżacja jest ekstremalnie oszczędna – tylko wokal ówczesnej koleżanki autora (a nie partnerki, jak twierdzą niektóre źródła). Dziewczyna śpiewa ładnie i anielsko, trafia w dźwięki, a zarazem trzyma emocje na wodzy – wokalistka, jakich w historii muzyki sporo. Czyli co, nie ma żadnego drugiego dna do wykopania? Ależ zawsze jest.

Autor It’s a fine dayEdward Barton, okazuje się mieć całkiem ciekawą kartotekę. Dzieciństwo spędził w Libii, gdzie rodzinę Bartonów zagnały obowiązki zawodowe jej głowy, pilota RAF. Jako autor Barton pisał teksty między innymi dla 808 State. Jako muzyk zrobił niewielką karierę – mignął w TV w programach The Tube i u Tony Wilsona, podobno wspomagał też jako sideman zespół Tears For Fears podczas występu w radiu u Terry Wogana. W latach 90. wydał Hush, płytę z piosenkami a cappella, która miała być zarazem źródłem sampli dla twórców elektronicznych. Na tym albumie inspirację znalazł m.in. Norman Cook (wtedy Pizzaman, później Fatboy Slim) – jego mini-hit Happiness oparty jest na jednej z piosenek Bartona z tej płyty. Trzy hity grupy Lost Witness – Happiness happeningRed sun rising 7 colours – też wzięły się z muzyki pochodzącej z Hush. A to ciągle nie wszystko, bo Barton był przez krótką chwilę reżyserem teledysków, zaczynając i kończąc swoją karierę klipem do Sit down James. Do tego miał własną galerię sztuki. W tym barwnym CV najważniejsze były jednak nagrania zarejestrowane ze wspomnianą koleżanką, Jane Lancaster.

Ich pierwsza wspólną piosenką było It’s a fine day, pod którym jako wykonawca podpisała się sama Jane. Niewiadomymi ścieżkami utwór trafił do Johna Peela, gdzie usłyszał go szef wytwórni Cherry Red Records. Zachwycony, zaproponował Bartonowi kontrakt. Niedługo potem It’s a fine day dotarło do piątego miejsca na UK Indie Chart. Piosenka jest kultowa do dziś, niedawno ukazała się na składance Scared to get happy: A story of indie-pop 1980-1989, obok takich tytanów niezalu jak Primal ScreamPrefab SproutTelevision PersonalitiesPulpJesus and Mary ChainStone RosesWedding Present i wielu innych. Jeszcze w latach 80. Barton i Jane próbowali zdyskontować ten skromny sukces minialbumem wydanym jako Jane and Barton (zagrał na nim Andy Connell A Certain Ratio), singlami I want to be with you i Lovely and chicken, oraz kompilacją Edward not Edward, na której piosenki Bartona wykonywali i remiksowali m.in. Inspiral Carpets808 State czy A Guy Called Gerald. Duet nie przeskoczył już jednak swojego ‚debiutu’.

Anonimowy komentator z Youtube trafił w sedno, opisując It’s a fine day jako „a song u sing b4 the world explodes”. Jest w niej spokój podszyty napięciem, cisza przed burzą podobna do nagrań Young Marble Giants (choćby Final day). Ostatnim miejscem, w jakim można byłoby ją sobie wyobrazić, jest klubowy parkiet. Tymczasem w 1992 roku A Guy Called Gerald wpadł na wizjonerski pomysł i przygotował czternastominutowy taneczny remiks piosenki. W tym samym czasie natknęli się na nią członkowie kwartetu Opus III. Ich wersja dotarła do piątego miejsca ogólnej listy w UK oraz do 1 miejsca tanecznej listy w Stanach, jest dziś klasykiem rave i trafia na większość składanek z 90sowym dance. Następni w kolejce byli bracia Hartnoll, czyli duet Orbital – panowie sięgnęli po fragment śpiewu Kirsty Hawkshaw z wersji Opus III, wysamplowali go i odwrócili, a potem oparli na nim piosenkę-hołd dla uzależnionej od środka uspokajającego matki braci. Halcyon, a także remiks zatytułowany Halcyon + On + On, odniosły duży sukces, zna je chyba każdy fan techno, a ich wersja live jest nadal jednym z najważniejszych momentów koncertów Orbital. Mało? Barton w wywiadach opowiadał, jak w 1994 roku usłyszał w radiu Confide in me Kylie Minogue, i pomyślał „to dobra piosenka…właściwie, to moja piosenka”. Okazało się, że autorzy sporo pożyczyli z It’s a fine day, i trzeba było dopisać Bartona do listy współtwórców. No i mamy jeszcze kilka innych coverów – najciekawszy to chyba wersja Erlenda Øye, umieszczona przez niego na kapitalnym miksie z serii DJ Kicks.

Dziś Edward Barton gra w zespole m.in z synem Grahama Masseya (808 State), ma też za sobą pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Jane przestała śpiewać, postawiła na aktorstwo, prowadzi też bloga. O swoim niezamierzonym wkładzie w historię rave napisała: „This is my record and video when I was a young gel.  I just found a fan page on Facebook for the song!  Oh how exciting!  Fame at last!  There is a sadly prophetic quality to the airplanes in this video…„. A także: „I’m cooing like a pidgeon…coo, coo..” (Krzysztof Kijek)

Reklamy