#41: Peter Sotos – Buyer’s market (1992)

by carpcrawl

Peter Sotos - Buyer's market

Bardzo lubię podkreślać przy każdej możliwej okazji, że mamy rok 2013, i że wiąże się z tym całkiem sporo rzeczy takich, jak wszechobecna komputeryzacja każdego elementu życia i przemiany kulturowo-społeczne. Albo fakt, że sztuka (w tym muzyka) dociera, albo i dotarła już, do etapu, w którym wydawać nam się może, że nic nas nie zaskoczy i niczego nowego nie można wymyślić, więc właściwie wszystko jest już dozwolone. Najlepszym świadectwem tego jest całe zjawisko vaporwave’u, windującego muzak do rangi post-konsumpcyjnego, plądrofonicznego manifestu artystycznego. Jak dla mnie – bardzo dobrze. Cieszę się, że żyję w takich czasach i mam okazję być świadkiem tego wszystkiego (post-wszystkiego?). I pewnie będziemy jeszcze świadkami paru innych rzeczy, które teraz trudno nawet nam sobie wyobrazić.

Ale nieco ponad dwie dekady temu był rok 1992. Rok, z którego za wiele pamiętać nie mogę, bo bardziej zajmowało mnie wtedy uczenie się mówienia zgłoski „r”, niż stan kultury czy świata. Mogę się tylko domyślać, że nie było wtedy tak, jak teraz. I fascynujący dla mnie jest sam fakt, że właśnie w 1992 roku ukazała się płyta Petera Sotosa zatytułowana Buyer’s Market, która nawet dziś szokuje i podważa właściwie wszystko, na czym chcielibyśmy, żeby nasza cywilizacja się opierała. O ile „płyta” to jeszcze w tym przypadku całkiem trzymające się kupy określenie (w końcu chodzi tylko o fizyczny przedmiot), to nie spodziewajcie się tu muzyki. I nie mam tu na myśli jakichś durnych (i kompletnie nieuzasadnionych w 2013 roku) stwierdzeń typu „noise nie jest muzyką”, czy coś w tym stylu. Peter Sotos był wprawdzie związany z jednym z bardziej znanych projektów z gatunku power electronics, Whitehouse, ale na Buyer’s Market nie uświadczycie hałasu. Zresztą instrumentów czy melodii też nie. To kompilacja nagrań rozmów z nieletnimi ofiarami molestowania seksualnego oraz ich rodzinami. Jeśli ktoś stracił w tym momencie zainteresowanie, to nie będę zachęcał do kontynuowania lektury.

Pozostałych uspokajam – nie zamierzam się tu rozwodzić nad przyjemnością, jaką daje obcowanie z tymi nagraniami, bo tej przyjemności najzwyczajniej w świecie nie odczuwam. Ale sztuka nie musi być przyjemna. Nie musi być też piękna. Może za to (chociaż w sumie też nie musi) wywołać w widzu jakąś reakcję emocjonalną, a w przypadku Buyer’s Market trudno o obojętność. To jest trochę jak z np. wczesnymi nagraniami Swans – chodzi o kopniak prosto w twarz, mentalne zmielenie słuchacza i wyplucie go z powrotem w gorszym stanie. O wyjście z tej cholernej strefy komfortu, którą przez całe życie tak usilnie próbujemy przez całe życie sobie stworzyć. Po co więc uciekać? Sam nie jestem pewien. Obstawiam, że ma to na celu doświadczenie tego, czego w inny sposób słuchacz doświadczyć nie może, albo podjęcie pewnego wyzwania, którego spełnienie może nas w jakiś (niekoniecznie jednoznacznie dobry sposób) wzbogacić. Jestem pewien, że okropieństw wypełniających nagrania Petera Sotosa nie posłuchałbym nigdzie indziej, a już na pewno nie w takiej ilości. Jestem też pewien, że niewiele albumów wywołało we mnie tak silną emocjonalno-fizyczną reakcję, jak Buyer’s Market. Czułem się, jakby ktoś złapał mnie za gardło, skierował mój wzrok w stronę najobrzydliwszych rzeczy na tym świecie (tym straszniejszych, że zilustrowanych tylko przez słowo mówione i moją własną wyobraźnię) i powiedział coś w stylu „Spójrz. To zrobili ludzie. Ty też jesteś człowiekiem. Żyjesz nieopodal takich osób i takich zdarzeń. Jak się z tym czujesz?”. Muszę dodawać, że czułem się paskudnie i chciało mi się wymiotować? Bardzo ironicznego znaczenia nabiera w tej sytuacji jedyne zdanie wydrukowane na tylnej okładce, które nie stanowi części tracklisty czy specyfikacji wydawniczo-technicznych. „What does molesting you mean?”

Musi się w tym tekście pojawić też kilka innych pytań, nawet jeśli mają chwilowo pozostać bez odpowiedzi. Przede wszystkim – po co „Buyer’s Market” w ogóle powstało? Szukałem informacji o tym, ale (nie)stety Internet jest beznadziejnym źródłem potwierdzonych informacji (2013, pozdrawiam) – spotkałem się z najróżniejszymi wersjami wyjaśnień, od „Peter Sotos to chory człowiek, którego takie nagrania podniecają” do „jest to dojrzała wypowiedź artystyczna przeciwko przemocy seksualnej, a shock value ma tylko podkreślić jej stanowczość”. Chyba nie chcę już nic wiedzieć. „Niepewność oryginalnych intencji vs własna interpretacja” to zjawisko, który nigdy mi jakoś specjalnie nie przeszkadzało. Nieco mniej ważnym pytaniem jest to o rolę w powstawaniu tego albumu Steve’a Albiniego, wymienionego na tylnej okładce jako producenta. I czy jest z siebie dumny. Ostatnie pytania wiążą się z tym, że zdarzyło mi się wrócić do Buyer’s Market pod pretekstem zamartwiania się życiem i światem oraz chęcią zajęcia swoich myśli czymś innym, za jakąkolwiek cenę. Nie zadziałało już tak mocno jak za pierwszym razem. Właściwie każde kolejne zetknięcie z tym materiałem jest mniej poruszające. Dlaczego? Najpotężniejsze emocjonalnie albumy jakie znam od lat działają na mnie tak samo mocno, mimo częstego katowania ich non stop, a jeśli tendencja się utrzyma, to te ohydztwa zaraz nie będą się dla mnie różniły od szumu rozmawiających ludzi w kawiarni. Czy to jest jakiś podświadomy mechanizm obronny? Czy jestem złym człowiekiem? A może po prostu godzę się z faktem, że świat, nieważne jak piękny by był, to też czasem obrzydliwe i okrutne miejsce?

I właśnie przez te wszystkie wątpliwości i przemyślenia (o samej treści nie wspominając) nienawidzę Buyer’s Market. Ale z drugiej strony – nienawiść to bardzo silna więź, więc cóż, udało Ci się, Peterze Sotosie, wywołałeś u mnie reakcje zarówno emocjonalne, jak i intelektualne, a chyba na tym polega sztuka. O ile stworzenie sztuki było tu celem, bo co do tego również możemy mieć wątpliwości. Tak więc po raz pierwszy nie zakończę tekstu w ramach Geriatrisu jakąś mniej lub bardziej twórczą wariacją na temat „pozdrawiam i polecam serdecznie ten album”. Zakończę za to stwierdzeniem, że zrobiłem to, co chciałem – napisałem zapewne pierwszy w polskim Internecie tekst o tym. Drogi czytelniku, masz teraz świadomość, że Buyer’s Market istnieje. Pod tym tekstem nawet tradycyjnie znajdziesz link do YouTube’a. A co z tym zrobisz, to już tylko i wyłącznie Twój wybór. Bo jesteśmy wolnymi ludźmi w 2013 roku. Pozdrawiam. (Maciek Sławski)

Reklamy