#42: The Blue Nile – Hats (1989)

by carpcrawl

The Blue Nile - Hats

Każdy muzyczny nerd wie, że są dźwięki, które zyskują w odpowiednich okolicznościach. Na przykład o konkretnej porze roku. Słuchacze Trójkowych audycji Pawła Kostrzewy pewnie do dziś pamiętają, że w marcu na playlistę musi wjechać Merz, a wiosnę rozpoczynamy od The colour of spring Talk Talk. Koniec lata wyznacza u mnie nie kalendarz, ale odsłuch The last day of summer The Cure. Samo lato może zrobić się jeszcze bardziej słoneczne, jeśli spędzam je przy soundtracku pełnym tropicalii, bossa novy i Música Popular Brasileira. Zaś zima, która jest dla mnie coroczną traumą, staje się dużo znośniejsza dzięki Felt mountain Goldfrapp. I tak dalej, lista może trwać długo, i dla każdego jest na pewno inna. Hats jest wyborem prosto z mojej listy płyt ‚sezonowych’ – to dla mnie jeden z najważniejszych krążków jesiennych.

Screenagers zaliczyli The Blue Nile do grona zespołów mondeo popowych, to jednak tylko jedna strona medalu. Gdy mondeo popowcy najczęściej stawiali na energię, szybsze tempa i durowe tonacje, czasem dorzucając do tego pogodną, dojrzałą melancholię, Szkoci poświęcili się niemal wyłącznie smutniejszej stronie emocji. Skojarzenie z Junior Boys, rzucone przez Łukasza Błaszczyka w linkowanym wyżej tekście, pasuje niemal idealnie – w obu przypadkach mamy do czynienia z zespołami, które w melodyjnych, ładnych piosenkach wysyłają nam zmęczone, przesiąknięte marazmem historie. Punktem stycznym Blue Nile z mondeo popem jest oczywiście elegancka, bogata produkcja, za sprawą której Hats staje się opowieścią o smutkach spod świateł wielkiego miasta.

Pomimo posiadania ojca muzyka (półprofesjonalnego), Paul Buchanan zdecydował się na karierę muzyczną dopiero po ukończeniu studiów. Wraz z przyjacielem z dzieciństwa, Robertem Bellem, oraz nowo poznanym kolegą PJ Moorem założyli najpierw zespół McIntyre, a potem Night By Night. Około 1981 roku postanowili na stałe grać we trójkę i bez żywego perkusisty. Zarabiali wówczas na życie grając covery podbite latynoamerykańskimi rytmami. Zespół nie zraził się falstartem debiutanckiego singla I love this life (wytwórnia RSO Records, która wydała singiel, zbankrutowała tuż po jego premierze) i nadal szukał tożsamości, maskując braki techniczne – zwłaszcza fatalną grę na gitarze Buchanana – atmosferą i brzmieniem. W 1983 roku grupa nagrywała w studio należącym do znajomego inżyniera dźwięku, Caluma Malcolma. Bardzo szczęśliwym trafem któregoś dnia do studia przyjechał przedstawiciel Linn Products, producentu sprzętu hi-fi, w które wyposażone było studio, i poprosił o piosenkę do przetestowania nowych głośników Linn. Malcolm użył do prezentacji dema piosenki Blue Nile, Tinseltown in the rain.  Wrażenie było tak dobre, ze firma zaproponowała Szkotom kontrakt z tworzoną właśnie przez siebie wytwórnią Linn Records, nakładem której w maju 1984 roku ukazał się debiut Blue Nile – A walk across the rooftops.

Buchanan opowiadał w wywiadach, że biorąc pod uwagę biedne warunki, w jakich tworzył zespół – brak ciepłej wody w mieszkaniu, zerowe umiejętności muzyków i próbowanie wszystkiego, co im przyszło do głowy – A walk across the rooftops ma w sobie silny pierwiastek punkowy. A jednak potrafię sobie wyobrazić punkowców, garażowców i Rafała Księżyka zniesmaczonych audiofilską, mieszczańską produkcją muzyki Blue Nile. Linn nie chciało zmieniać zwycięskiej formuły, i wysłało zespół do studia ponownie w 1985 roku celem nagrania szybkiego następcy debiutu. Decydenci nie wzięli jednak pod uwagę, że panowie mogą nie mieć na stanie ani jednej nowej piosenki. Presja źle wpłynęła na relacje między muzykami, do tego Virgin Records, które kupiło od Linn licencję na płyty Blue Nile, uznało, że zespół nie dotrzymał terminu i wszczęło postępowanie dyscyplinarne. W 1987 roku zespół musiał zwolnić studio i wrócić do Glasgow. I dopiero wtedy blokada twórcza minęła, a pobyt na własnych śmieciach dał grupie takiego kopa, że już rok później była w stanie wrócić do studia i w ciągu tygodnia dokończyć płytę wydaną później jako Hats.

Pozornie nie dzieje się na tej płycie dużo. Instrumentarium nie wychodzi poza zestaw: syntezatory, bas, automat perkusyjny, czasem trąbka i fałszywe, syntetyczne smyki. Oraz oczywiście przejęty wokal. Produkcja idealnie czysta, wręcz błyszcząca selektywnością. Tempo rzadko wychodzi poza kategorię „średnio wolny”. To jednak pozory, o sile tej płyty decyduje to, co jest w nutach (piosenki), i co pomiędzy nimi. Hats chwyta za serce w każdej sekundzie swoich prawie 40 minut. Mam oczywiście swoich faworytów – Let’s go out tonight każe mi się zastanowić, co by było, gdyby Bark Psychosis bardziej inspirowało się smutnymi hitami Blue Nile, niż jazzującymi medytacjami Talk Talk. W Headlights on the parade mam wrażenie, że słucham Davida Sylviana. I jest to oczywiście komplement, bo uwielbiam Japan i Sylviana w każdym wydaniu. Bezdyskusyjnym centrum Hats jest jednak podnoszące powoli napięcie The downtown lights, jedyny singiel Blue Nile, który w Stanach doczekał się wejścia na jakąkolwiek listę przebojów (#10 na Billboard Hot Modern Rock Tracks). Powrót zespołu okazał się triumfalny – magazyn Q przyznał płycie maksymalną ocenę, a Melody Maker pisał „to WIELKA muzyka, która sprawia, że czujemy się mali, nieruchomi, bliscy pogrążenia się we łzach”.

Hats zmieniła w życiu muzyków Blue Nile wszystko. Zespół zyskał takich fanów jak Rickie Lee Jones Annie Lennox (nagrała własną wersję The downtown lights na płytę Medusa) oraz możliwość pracy z Julianem LennonemMichaelem McDonaldemCraigiem Armstrongiem Peterem Gabrielem. Paul Buchanan przeniósł się do Los Angeles i przez dwa lata spotykał się z Rosanną Arquette (czym poniekąd uprawomocnił akces Blue Nile do grona luminarzy adult contemporary). Reszta kariery to głównie łagodny zjazd – przeniesienie się z Linn do Warner Brothers, gorsza sprzedaż bardziej akustycznej trzeciej płyty Peace at last, nieudany eksperyment z zatrudnieniem ex-managera Dire Straits, Eda Bicknella (wspominał później, że członkowie Blue Nile to najbardziej popieprzony zespół, jaki spotkał), zniknięcie na siedem lat. Ostatnią płytę, High, panowie wydali głównie z poczucia lojalności, ale to był koniec – zmęczony kolegami PJ Moore po prostu odszedł zrywając kontakt, Buchanan i Bell zagrali jeszcze jedną trasę i kilka koncertów, a potem temat Blue Nile się po prostu rozpłynął. Dziś nie wiadomo, czy zespół wciąż istnieje, czy nie, pomimo, ze Buchanan zaklina rzeczywistość i zapowiada, ze jeszcze o nich usłyszymy. Pozostaje podumać nad tym przy Hats, płycie, która przemieni każdą melancholię w wielkomiejski spleen. Zwłaszcza jesienią. (Krzysztof Kijek)

Reklamy