#43: Lou Reed – Street hassle (1978)

by carpcrawl

Lou Reed - Street hassle

Wczoraj naszą planetę opuścił jeden z tych ludzi, którzy walnie sprawiali, ze codzienna egzystencja na niej stawała się odrobinę bardziej znośna. Czasem przychodzą mi do głowy myśli pełne zazdrości wobec tych, którzy mieli szczęście świadomie żyć w tym samym czasie i świecie, co Ludwig van Beethoven, Albert Camus, Arnold Schoenberg, Samuel Beckett czy John Coltrane. Kiedyś tak będą zazdrościć nam tego, że pamiętamy czasy, gdy żył Lou Reed. Nie ma nawet najmniejszej przesady w stawianiu go w tym samym szeregu, co wymienieni klasycy – absolutnie każdy, kto interesuje się muzyką niezależną, nieważne z jakiego gatunku, zawdzięcza coś współtwórcy The Velvet Underground. Iggy Pop, David Bowie, Brian Eno, Pixies, The Band, Blondie, The Fall, TV on the Radio, Yo La Tengo, Duran Duran, Trentemoller, Miley Cyrus, Red i M. Geddes Gengras – oni wszyscy (i wielu innych) pokłonili się wczoraj na Facebooku i Twitterze zmarłej legendzie. Zostawiając za sobą dywagacje, ilu wklejających na ścianę Perfect day przesłuchało kiedykolwiek White light/White heat, muszę przyznać, że bardzo mnie wzrusza ten szeroki odzew, i jak mało co uzmysławia mi prawdziwą moc wpływu Lou Reeda. Tylko kilku jeszcze będzie w stanie tak zjednoczyć ‚środowisko’ muzyków i słuchaczy – McCartney, Jagger, Richards, Dylan, Bowie, Waters..

Oprócz kondolencji wszyscy wybieraliśmy wczoraj tę jedną piosenkę VU/Reeda. Nieważne, czy ulubioną, czy bardziej pasującą do okazji. Parę osób bardzo celnie zwróciło uwagę, ze przekrój wklejanych piosenek jest niebywale szeroki – katalog Lou jest menu o tak bogatym wyborze, że możemy wybrać z niego z zamkniętymi oczami kilkadziesiąt różnorodnych, znakomitych pozycji. Klęskę urodzaju mamy już przy dyskografii najważniejszego zespołu Reeda – minimalistyczne, dronujące hymny z …and Nico, hałas i brud z White light/White heat oraz słodkie melodie z The Velvet Underground Loaded tworzą razem jedno z najbardziej kozackich portfolio stworzone przez kogokolwiek, kto wziął do ręki gitarę. Ale jeśli ktoś chciałby nieco bardziej pokombinować, to w solowej dyskografii Lou bez problemu znajdzie kolejnych kilkanaście klasyków, z których wybranie tylko jednego to samobójstwo. Wspominałem już, że jedynym w miarę częstszym wyborem na facebookową ścianę było Perfect day, ale choćby na tej samej płycie znajdziemy równie ikoniczne Walk on the wild side Satellite of love. Co bardziej melancholijni, ze słabością do bogatych aranżacji, wybiorą sobie coś z tracklisty Berlin. Fani nowojorskich wątków w twórczości Reeda mają Coney Island Baby czy późniejszą o jakieś 14 lat ‚nowojorską trylogię’. Prowokatorzy mogą rzucić dowolnym fragmentem Metal machine music (chociaż ja bardzo tę płytę lubię) albo – choć to już prowokacja z kategorii ‚troll’ – Lulu. A wrażliwcy, lubiący iść kompletnie pod prąd, nagle przypomną światu o istnieniu wspólnego albumu Reeda i Johna Cale’a Songs for Drella, dedykowanego Warholowi. Tak, to wszystko przewinęło mi się wczoraj przez news feed, jednocześnie ciągle nie wyczerpując tematu – Piotr Kaczkowski w Minimaxie zagrał prawie 20-minutowe Like a possum z raczej średnio cenionej Ecstasy.

W mojej głowie zalinkowała się tytułowa piosenka z wydanego w 1978 roku Street hassle. Nie wiem, czy umieściłbym ją w swojej piątce ulubionych piosenek Reeda, nawet, gdyby odjąć z puli wyboru materiał z ery VU. Ale mam dla niej bardzo specjalne miejsce, odkąd poznałem ją zgłębiając Pitchforkowe zestawienie The Pitchfork 500Street hassle to wyjątkowo spektakularna opowieść nawet jak na twórcę, który był królem tego typu ulicznych eposów. To odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby Lou Reed postanowił napisać piosenkę ‚progresywną’, trwającą ponad 10 minut i podzieloną na trzy części. Pierwsza, Waltzing Matilda, poza tytułem nie ma nic wspólnego z tradycyjną folkową piosenką – traktuje o kobiecie korzystającej z uroków męskiej prostytucji. Część druga – Street hassle – to spowiedź dealera na temat trupa znalezionego w jego mieszkaniu. Wreszcie w części ostatniej – Slipaway – Lou Reed śpiewa gorzkie linijki o utraconej miłości. Małe mówione cameo w tej sekcji ma niejaki Bruce Springsteen, który w tamtym czasie procesował się z byłym managerem i szykował Darkness on the edge of town. Obu panom towarzyszy szczątkowy, repetytywny podkład muzyczny zagrany na wiolonczeli, skrzypcach, gitarze, klawiszach i cichych bębnach, a w środkowej sekcji i w finale przez chwilę słychać żeński chórek. I choć w nutach nie dzieje się tu dużo – może poza ostatnią zwrotką Reeda, w której emocje wreszcie biorą nad nim górę – to własnie ten pozornie beznamiętny minimalizm jest tym, czego potrzeba Street hassle, żeby zapadła w pamięć.

Trudno pogodzić się ze świadomością, że żyjemy na świecie, na którym nie ma już Lou Reeda. Kurt Vonnegut w swoich książkach pisał o śmierci „zdarza się”. Ok, tylko że tak beznadziejne wieści jak ta ani trochę nie pomagają w pojęciu tej okropnej prawdy. I jeszcze coś – po ludzku strasznie mi teraz żal Laurie Anderson. (Krzysztof Kijek)

Reklamy