#44: Kevin Ayers – Shooting at the moon (1970)

by carpcrawl

Kevin Ayers - Shooting at the moon

Pozwolę sobie zacząć od wstydliwego wyznania – otóż jestem wciąż mocno początkujący, jeśli chodzi o znajomość sceny Canterbury. Wiem oczywiście, co to The Soft Machine, znam trochę solowej dyskografii Roberta Wyatta, kojarzę z nazwisk większość luminarzy tego środowiska. Ale z bardziej dogłębną znajomością konkretnych dokonań jest dużo gorzej – cośtam Gong, coś Caravan, newage’owa płyta Rainbow dome musick Steve’a Hillage’a, ale to przecież mikroskopijny ułamek wszystkiego, co zrobili skupieni wokół Canterbury muzycy. Przykładowo, Daevid Allen wydał około 40 albumów (w tym koncertówki), Hugh Hopper trzydzieścikilka, a wspomniany Hillage to przy nich milczek – ledwie czternaście. A to i tak blednie przy rzucie oka na dyskografię Freda Fritha. Zmierzam do tego, że do opisywanej tu Shooting at the moon Kevina Ayersa podszedłem z pozycji niemal świeżaka. To będzie więc trochę ‚nie znam się, więc się wypowiem’, ale jednocześnie wypowiedź gorliwego neofity, pełna fascynacji. Bo nawet przy mojej słabej znajomości tematu już wiem, że scena Canterbury jest super.

Canterbury, czyli co? Krótkie wprowadzenie dla zupełnych nowicjuszy: chodzi o grupę muzyków tworzących w okresie między późnymi latami 60. i wczesnymi 70., głównie (choć nie tylko) w okolicach brytyjskiego miasteczka, od którego ruch wziął swoją nazwę. Zespołem-matką dla sceny jest założony w 1964 roku The Wilde Flowers, przez który przewinęli się m.in. Robert Wyatt, Hugh Hopper, Kevin Ayers i Pye Hastings. Z tej grupy wyłoniły się dwa największe zespoły Canterbury – The Soft Machine i Caravan. Eksperci do tych nazw dorzucają jeszcze Hatfield and the NorthNational HealthDelivery Egg, a także późniejsze grupy dwóch tytanów ruchu – Matching Mole Wyatta i Gong Allena. Wiele zespołów Canterbury działało na zasadzie ‚każdy z każdym’ – muzycy grywali w kilku zespołach jednocześnie, formacje wymieniały się członkami, a całość była kolektywem trochę podobnym do działającego ponad 20 lat później Elephant 6. Ale najważniejsze było brzmienie – wyjątkowe połączenie jazzowych komplikacji, ślicznych melodii, psychodelicznych tekstów i rozbudowanych improwizacji, z jednej strony bardzo różnorodne (chyba nie ma dwóch identycznie brzmiących grup Canterbury), a z drugiej bardzo rozpoznawalne i charakterystyczne. To była ta sama inwencja, która w muzyce około-gitarowej pojawiła się później w podobnej formie w krautrocku i wczesnym postrocku (i nie chodzi mi tu o falę post-GY!BE).

W muzycznej geografii Canterbury Kevin Ayers ma miejsce nieco drugoplanowe, ale bardzo szczególne. Będąc jeszcze w koledżu, został zwerbowany do składu Wilde Flowers (podobno dlatego, że miał najdłuższe włosy w towarzystwie). Później był członkiem wczesnego wcielenia Soft Machine – grał na basie i śpiewał na pierwszych singlach i debiutanckiej płycie grupy, zdążył też wystąpić z zespołem podczas amerykańskiej trasy z Jimim Hendrixem. Przez chwilę był członkiem Gong, później polecając na swoje miejsce gitarzystę ze swojego zespołu, Steve’a Hillage’a. Przede wszystkim jednak działał solo, w latach 1969-2007 wydając 17 płyt, na które zapraszał wielu gości, w tym także byłych kolegów z Soft Machine.

Penetrację dyskografii Ayersa najlepiej chyba zacząć od początków – napisane podczas pobytu na Ibizie (Ayers zmęczony wspomnianą wyżej amerykańską trasą Soft Machine postanowił zrobić sobie wolne) Joy of a toy przynosi już ukształtowany styl, w ramach którego na jednej płycie pojawiły się motywy cyrkowe, folkowe, awangardowe i etniczne (adaptacja malezyjskiej tradycyjnej piosenki, Oleh oleh bandu bandong). Warto też zgłębić album numer trzy, Whatevershebringswesing, według krytyków najlepszy, jaki Ayers kiedykolwiek nagrał (zwłaszcza nagranie tytułowe pokazuje, że mogą mieć dużo racji). Moim ulubieńcem póki co jest jednak płyta ‚środkowa’ – wydane w 1970 roku Shooting at the moon. To album podpisany wyjątkowo nazwą Kevin Ayers & The Whole World – grupy, którą Ayers założył na potrzeby promowania Joy of a toy, i w której znaleźli się m.in. Robert Wyatt, gitarzysta Mike Oldfield (późniejszy autor Tubular bells miał wtedy 17 lat), saksofonista Lol Coxhill, kompozytor i klawiszowiec David Bedford i folkowa wokalistka Bridget St. John. Po zakończeniu trasy zespół, bez Wyatta, wszedł do studia i zarejestrował ten niezwykły materiał pod okiem byłego managera m.in. wczesnego Pink Floyd (a później też The Clash, T. Rex czy Iana Dury), Petera Jennera.

Na Shooting at the moon Ayers jeszcze zręczniej niż na debiucie żongluje delikatnymi piosenkami i dziwacznymi improwizacjami, w obu kategoriach osiągając ekstremum. Kiedy jest przystępnie, to towarzyszy temu prześliczna, szlachetna melodia – sprawdźcie podbite akordeonem i dęciakami łagodnie stalkerskie May I?, uroczy surrealistyczny duet z St. John The oyster and the flying fish, albo arcydzieło freak-popu Clarence in Wonderland. Kiedy wchodzi awangarda, to mamy kolaż z mikrościnek i przewijaną taśmę w środku energetycznego Rheinhardt & Geraldine/Colores para delores, albo 8 minut losowego RZĘPOLENIA w Pisser dans un violon, które trochę przypomina mi Moonchild z debiutu King Crimson. Jest też najczystszej wody i najwyższej jakości jazz-rock, a także…coś w rodzaju zmutowanej bossa novy. Całość nosi to niepowtarzalne, szalone piętno Canterbury, niezwykłej muzycznej przestrzeni, w której miesza się to, co na poważnie, i co z przymrużeniem oka, to, co trudne, i to, co lekkie. Nic dziwnego, że inspirację na płycie znaleźli później dziwacy z Gorky’s Zygotic Mynci, którzy we wkładce do płyty Tatay nazwali Shooting at the moon najlepszą płytą wszechczasów. I nic dziwnego, że miesięcznik The Wire wymienił ten album jako jeden ze stu, które ‚podpaliły świat’.

Tak się smutno złożyło, że Kevin Ayers zmarł jakieś 9 miesięcy temu. Od dłuższego czasu funkcjonował tam, gdzie lubił najbardziej – na uboczu, prowadząc odizolowane życie na południu Francji. Przestał też wydawać płyty – przerwał milczenie tylko w 2007 roku albumem The unfairground. Na te ‚wakacje’ zapracował jednak ciężko i intensywnie, w swojej karierze nagrywając m.in. z Brianem EnoLady JuneOllie HalsallemJohnem Calem (który przy okazji przyprawił Ayersowi rogi) Nico. I pomimo, że jeszcze nie przegryzłem się przez każdą część jego bogatej dyskografii, to tylko na podstawie tego wycinka, który znam, BARDZO gorąco polecam tego freaka. Tak samo jak i całe Canterbury, które mam nadzieję za pół roku mieć dużo bardziej ogarnięte, niż teraz. Czego sobie i Wam życzę. (Krzysztof Kijek)

Reklamy