#45: Mazzoll & Arhythmic Perfection – a (1995)

by carpcrawl

Mazzoll & Arhythmic Perfection - a

Filip Szałasek w swojej recenzji tegorocznej kasety projektu Dwutysięczny pisał o artystach „słabo już kojarzonych i zakorzenionych w przeszłości polskiej fonografii, niedalekiej tylko z perspektywy słuchacza niezaznajomionego z tempem transformacji recepcyjnych w dobie Internetu”. Ten cytat dotyczy trzech muzyków, którzy „pomogli” Błażejowi Królowi stworzyć materiał Dwutysięcznego – Wojciecha KucharczykaRadka Dziubka Mazzolla. Teza ta oczywiście wywołała kontrowersje i rozbawienie, i sam uważam ją za przestrzeloną, ale w przypadku ostatniego z wymienionych coś jest na rzeczy. Tytan yassu po owocnej i pracowitej dekadzie 90s wydawał i koncertował mniej, trochę się wycofując z aktywniejszej działalności w muzyce. O jego dawnych kolegach z Miłości czy NRD było całkiem głośno, o liderze m.in. Arhythmic Perfection i Diffusion Ensemble nie było słychać prawie nic. Sporo tłumaczy wywiad dla jazzarium.pl – Mazzoll przez te lata głównie pisał, nagrywał i tworzył nowe idee, a także uczył i organizował Festiwale Art Depot. Dopiero niedawno uległo to zmianie – w 2012 roku ukazały się Minimalover Responsio mortifera, parę miesięcy temu – nagrana ze skrzypkiem Tomaszem Sroczyńskim wariacja nt. Święta wiosny Strawińskiego. W 2009 r. muzyk stworzył dla radiowej Trójki ‚słuchowisko multimedialne’ ze składem o nazwie Yass’no Orkiestra. Wystąpił na poprzedniej edycji Unsoundu, niedawno zagrał w Warszawie z Peterem Brötzmannem w ramach jego dwudniowej rezydencji w klubokawiarni Pardon, to tu, pojawił się też na wielu innych eventach (m.in. na Mózg Festiwal w Bydgoszczy) i pojedynczych, niestety niezbyt dobrze wypromowanych, koncertach. Wreszcie, wymyślił i założył Warsztat Improwizacji Współczesnej Mazzolleum. Znów zaczęło się dziać.

Wspomniana dekada 90s była czasem Mazzolla. Kładł podwaliny pod yass (jeszcze w latach 80. grał we wczesnym składzie Miłości), wprowadzał do języka muzycznego w Polsce pojęcie arytmicznej perfekcji, łączył muzykę z poezją i literaturą, a poważne tematy przeplatał żartem i absurdem (co w środowisku yassowym było akurat niemal cechą gatunkową). Grał fryty (czyli wolne improwizacje) i tworzył własną notację graficzną, jednocześnie twierdząc, że tak naprawdę jest tylko kolesiem piszącym melodyjki. Z jednej strony tworzył niszowe projekty, jak choćby płyty z wokalistą Robertem Knuthem, z drugiej grał do podkładów samplujących Modern Talking z Olem Walickim w Niebieskim Lotniku i nagrywał album z Kazikiem. Jeden z napisanych przez Mazzolla tematów – Ropa świętej Anny – trafił na być może ostatni dobry solowy album lidera Kultu, czyli 12 groszy (mój ulubiony na płycie Mój los, polecam), nagrany ze znaczącym udziałem trójmiejskiego klarnecisty. Kiedy pod koniec lat 90. zacząłem kupować Machinę, zachłyśniętą wtedy sceną yassową, Tymański, Trzaska i Mazzoll szybko stali się dla mnie kimś na kształt idoli. Mimo tego, że do wielu nagrań yassowych nie miałem dostępu, i że pierwszy odsłuch Arhythmic Perfection był dla nieotrzaskanego z jazzem licealisty sporym poznawczym szokiem.

Pierwotny plan zakładał, że będę tu pisał o moim być może ulubionym albumie Mazzolla, kompilacji trzech singli – z których tak naprawdę osobno ukazał się tylko jeden – pt. Single 3. Niestety, zasady bloga są nieubłagane – to album z roku 2000, więc nie mógł dostać własnej notki. Zarazem jednak zasady bywają po to, żeby je delikatnie obejść, dlatego pozwolę sobie nieco się rozpisać o tej płycie. Dla mnie właśnie na Singlach najlepiej słychać zmysł Mazzolla do układania wspomnianych melodyjek – prawie każdy utwór z tracklisty ma hook, który przy odrobinie praktyki dałoby się zagwizdać przy goleniu. Single 3 to album, który mógłby robić za „Greatest hits” klarnecisty; są tu takie szlagiery, jak znana z płyty z Kazikiem Pieśń o smutnym Rumunie (ostatnie słowa ks. Je Żego – improwizacja), wspomniana wyżej reggae’ująca Ropa świętej Anny (czyli Jah kocha psa) czy Andrzej (…i Dawid – mistyczny taniec), pierwotnie powstały podczas sesji do P.O.L.O.V.I.R.U.S.A. Kur. Sporo jest elektroniki i programowanych beatów, choćby w Nawiedzeniu (…i trzepaniu dywanów) czy Spowiedzi świętej (bez słów). Są też i fryty w Wodzie i ogniu (balladzie o powodzi). Jako początek i koniec (nie licząc bonusu) są tu dwie wersje najbardziej ‚znanej’ kompozycji Mazzolla – Ojczyzną naszą dobroć, dobroć, dobroć, jedna podbita lekko tanecznym beatem, druga ‚zagrana’ na 19 zloopowanych ścieżkach klarnetu. Bardzo polecam.

Ojczyzną naszą…, napisana według Mazzolla w 15 minut podczas prac nad muzyką do filmu Bolero Yacha Paszkiewicza, pojawiała się w twórczości trójmiejskiego muzyka wiele razy, trochę jak My favorite things u Coltrane’a (to zresztą nie jedyny przypadek, gdy Mazzoll kilka razy sięga po szczególnie lubiany przez siebie temat). Pierwszy raz zdarzył się w roku 1995, kiedy to utwór trafił w dwóch wersjach na a, debiutancką płytę powołanego przez Mazzolla kwintetu Arhythmic Perfection. W składzie znaleźli się: trębacz Janusz Zdunek, basista Sławomir Janicki, perkusista Tomasz Gwinciński i grający na perkusjonaliach Jacek Majewski. Nazwa zespołu nawiązywała do stworzonej przez klarnecistę idei arytmicznej perfekcji – czyli takiego grania, w którym dąży się do ideału, ale zarazem błąd nie jest czymś niepożądanym; wręcz przeciwnie, może służyć jako środek wyrazu i źródło doznań. Między innymi dlatego materiał na nie został poddany żadnej obróbce studyjnej – cytując wkładkę, „Wszystkie utwory nagrano według idei Arhythmic Perfection, korzystając z partytur Mazzolla, bezpośrednio na taśmę DAT, podczas koncertów, bez późniejszej ingerencji w studio”. Co nie znaczy, że zabrakło miejsca dla melodyjek.

Na ładne, zapamiętywalne tematy, niepokorne eksperymenty i fałszywe dźwięki grają w jednej drużynie, często pięknie współgrając w obrębie jednego utworu. Z frakcji ‚szlagier’ oprócz Ojczyzną naszą… jest tu jeszcze druga część Ropy świętej Anny, brzmiąca oczywiście inaczej, niż na Singlach, tym razem pozbawiona wokalu, za to wzbogacona drugą linią melodyczną prowadzoną przez trąbkę Zdunka i kreatywnym, czasem nierównym bębnieniem Gwizdka. A właściwie jego cień na dubowy rytm nakłada płynący po wszystkich napotkanych dźwiękach klarnet i atonalny, nieco szamański śpiew lidera. Zaskoczeniem może być liryczność i łagodność Kocham was, w którym bas gra w kółko te same dwa dźwięki, klarnet Mazzolla uwodzi, czasem tylko lekko popiskując, a całość dodatkowo kolorują przeszkadzajki Majewskiego. Drobiazgi życiowe to kolejny ‚hit’, wykonywany później przez yassową supergrupę NRD; tutaj ma 9 minut i trzy części, i momentami spokojnie sprawdziłby się na Out to lunch! Erica Dolphy’ego. Fryty pojawiają się w aylerowskim Miłość nie zna granic (gdzie każdy instrument zdaje się grać w innym metrum), atonalnym odjeździe A, B..normalna suita (fragmenty) czy Utworze pt. „Fian” (ta ohydna siła), w którym pierwsze 40 sekund to powtarzany w kółko tekst „Uwaga, proszę państwa, utwór pod tytułem Fian”, potem słychać przedmuchiwanie klarnetu, i dopiero na wysokości 01:00 rusza dziki, colemanowski free jazz przeplatany punkowymi wokalizami Mazzolla. Wyróżnia się jeszcze Jeden dźwięk – rozwój potęgi woli, zwłaszcza jego pierwsza część, napisana pod wpływem spotkania z dwoma gigantami wolnej improwizacji – Evanem Parkerem Derekiem Baileyem. Jeden dźwięk był wiele razy wykonywany i nagrywany przez klarnecistę (ostatnio na singlu w 2012 roku), i oparty jest na długich, dronujących dźwiękach i oddychaniu cyrkularnym, pozwalającym na jednoczesną grę i wciąganie powietrza nosem.

Ale prawdziwym jądrem jest dla mnie indeks czwarty – Kocie łapy. To wieloczęściowy utwór, rozpoczynający się potężnym, granym unisono przez Mazzolla i Zdunka riffem na tle nieregularnego metrum. Po około półtorej minuty dość zdyscyplinowanego grania instrumenty zaczynają się rozjeżdzać i pojawia się wyluzowana, skrzecząca solówka lidera. Ten chaos nie trwa jednak długo, po chwili wracamy do tematu z pierwszej części, a później następuje wyciszenie, w którym klarnet i trąbka zaczynają grać bardziej delikatnie, szykując grunt pod wejście wokalu. Mazzoll jak zawsze trochę śpiewa, trochę deklamuje gęsty, poetycki, nieco freakowy tekst, jednak tym razem słowa wydają się bardziej niż zwykle pełne ciepła i miłości: Proszę cię/daj mi kocią łapę/proszę cię/daj mi mysie oczy/kocie łapy/kocie, kocie łapy/(…)kocie łapy/kocham cię, łapo. Wreszcie na finał dostajemy jeszcze jedną skrzekliwą partię klarnetu. Przez te wszystkie minuty niebywałą precyzją i dyscypliną wykazuje się na perkusji Gwinciński, który przecież na co dzień jest przede wszystkim gitarzystą. Rafał Księżyk pisał o a, że to najważniejsza płyta yassu, i choć można odrobinę w to zwątpić w okolicach końcówki płyty (Uszy wieloryba Miłość nie zna granic.. są bardzo przyjemne, ale jednak album zdaje się odrobinę za długi), to Kocie łapy są bardzo silnym argumentem za.

Chętnych na dalsze zgłębianie życia i twórczości Mazzolla zapraszam do sięgnięcia do jednej z moich ulubionych muzycznych książek roku – Chłepcąc ciekły hel Sebastiana Reraka. Co prawda cały nakład wersji papierowej się rozszedł, ale popytajcie znajomych, może przypadkiem któryś zdążył zamówić. Rerak poświęcił Mazzollowi sporo miejsca, opisując zarówno jego pre-yassowe epizody w projektach Snukasky Hocki Klocki (pamiętam ten projekt z dzieciństwa, więc informacja, że brał w nim udział Mazzoll, to mój kandydat do szoku roku), jak i wszystkie około-arytmiczne projekty. Nawet jeśli czasem trudno przebrnąć przez opisy płyt, to udokumentowanie działalności Mazzolla, a także jej rozpiętość i intensywność, robią wrażenie (weźmy choćby koncept stojący za płytą Muzyka dla supermarketów). O niełatwym we współpracy klarneciście opowiada też sporo w swojej autobiografii Tymon Tymański, więc możecie potraktować ADHD jako kolejne potencjalne źródło. Ja oczywiście tematu nie wyczerpałem, ale przede wszystkim mam nadzieję, że nie wyczerpał go sam Mazzoll. Gdybym mógł sobie wybrać, jakie życzenia chciałbym dostać na Święta i Nowy Rok, to jednym z nich na pewno byłaby jeszcze większa aktywność p. Jerzego w 2014 roku, i wydawnicza, i koncertowa. Tak, żeby już nikomu nie przyszło do głowy nazywać go artystą „słabo już kojarzonym”. (Krzysztof Kijek)

PS. Ponieważ YouTube ma braki, muszę Was odesłać do Wrzuty:

Kocie łapy

Ropa świętej Anny (czyli Jah kocha psa)

Reklamy